– Kiedyś w radiu słuchałem audycji o ginących zawodach. Na koniec prowadząca program stwierdziła, że wkrótce do tych zawodów dołączy także szewc… Ale my jeszcze się trzymamy! – mówi Paweł Ochenduszko, pracujący od trzech dekad w rodzinnym zakładzie szewskim, który funkcjonuje już ponad 60 lat.
Autor: Andrzej Niedźwiedź, współpraca i redakcja: Andrzej Orzechowski
Zakład szewski przy ulicy Mickiewicza 27 istnieje już tak długo, że ani prowadzący go dziś Paweł Ochenduszko, ani jego ojciec Stanisław nie są w stanie dokładnie powiedzieć, kiedy dziadek, Franciszek Ochenduszko, go założył. – Istnieje już chyba ponad 70 lat. Sześćdziesiąt lat tu, na parterze. Ale dziadek wcześniej pracował też na piętrze, w domu się robiło po nocach – opowiada Paweł.
Szybko znajdujemy jednak odpowiedź na pytanie, kiedy Franciszek Ochenduszko mógł oficjalnie zacząć pracę w zawodzie. Przedstawia to niezwykły, pożółkły lecz oprawiony w elegancką, brązową ramkę dokument z 26 marca 1971 roku. To Karta Rzemieślnicza, wydana przez Powiatową Spółdzielnię Pracy Usług Wielobranżowych w Przemyślu:

To właśnie z tego dokumentu dowiadujemy się, że dziadek pana Pawła otrzymał Dyplom Czeladniczy 29 czerwca 1953 roku. Zameldowany był wtedy jeszcze na Lwowskiej 126a w Przemyślu.
Chwilę później Paweł Ochenduszko odnajduje także oryginał świadectwa czeladniczego swojego dziadka, dokument wydany przez Komisję Egzaminacyjną Czeladniczą dla zawodu szewstwo przy Izbie Rzemieślniczej w Rzeszowie.
DZIADEK FRANCISZEK
Historia zakładu szewskiego przy ulicy Mickiewicza to historia trzech pokoleń rodziny Ochenduszków… Franciszek Ochenduszko, rocznik 1924, urodził się w Nowym Mieście – miasteczku, które dziś znajduje się już po ukraińskiej stronie granicy.
Ojciec Franciszka pracował w Stanach Zjednoczonych, nawet w kopalniach złota. Ze względu na zły stan zdrowia wrócił jednak do Polski. – Zachorował na gruźlicę, zmarł młodo – opowiada Stanisław Ochenduszko, który kilka lat temu odszedł na zasłużoną emeryturę i zostawił zakład szewski swojemu synowi, Pawłowi. – Mój tato praktycznie nie pamiętał swojego ojca.
W ostatnich latach II RP nastoletni Franciszek trafił na naukę do zakładu szewskiego. – Musiał tam sprzątać, usługiwać, buty zbierać, ale w praktyce niewiele się nauczył – twierdzi pan Stanisław. – Wiem z różnych opowiadań, że jak przychodził uczeń do mistrza, to mistrz robił różne rzeczy. Mijały jednak lata, nim podzielił się z kimś swoją wiedzą…
Umiejętności, pozwalające mu uzyskać Dyplom Czeladniczy, Franciszek zdobędzie później, już w czasach okupacji i w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. – Była wojna, dziadek trafił na roboty do Niemiec – opowiada Paweł Ochenduszko. – Źle nie miał. Zabrali go do rodziny, gdzie były cztery ładne córki. Pracował, pomagał tu i tam. No i u Niemca tak naprawdę nauczył się fachu.
RODZINNA TRADYCJA
Franciszek Ochenduszko wrócił po wojnie do Polski, choć przebywał w amerykańskiej strefie okupacyjnej, we Frankfurcie, i mógł pozostać na Zachodzie. Całe dorosłe życie przepracował już jako szewc. Zmarł na zawał serca w 1994 roku, w wieku niespełna 71 lat.
Stanisław poszedł w ślady ojca, bo długo – przez cały okres PRL-u, aż do lat dziewięćdziesiątych XX wieku – roboty dla szewców nie brakowało… – Był moment, że w Przemyślu było ponad 20 zakładów szewskich – wspomina pan Stanisław.
Istniał też jeszcze jeden powód, dla którego syn i wnuk kontynuowali rodzinną tradycję. – „Nie chciałeś się uczyć? Idź na szewca”. Tak przez lata się mówiło – śmieje się 74-letni dziś Stanisław Ochenduszko.
Całe życie zawodowe Stanisława i jego syna Pawła związane jest z rodzinnym zakładem przy ulicy Mickiewicza. Lokal jest na szczęście własnością rodziny. Na szczęście, bo gdyby Pawłowi przyszło płacić dodatkowo czynsz za wynajem lokalu usługowego, prawdopodobnie musiałby zamknąć interes. – Dwa i pół tygodnia w miesiącu pracuję na składki ZUS – przyznaje szczerze pan Paweł… – Nie ma co ukrywać, jest ciężko.
Z ponad 20 zakładów szewskich, jakie istniały w Przemyślu ponad pół wieku temu, pozostały praktycznie dwa. Obok zakładu Pawła Ochenduszko jest jeszcze punkt na ulicy Krasińskiego. Buty do naprawy można zostawić też w dwóch innych miejscach, m.in. w sklepie na Reytana, który prowadzi najmłodszy brat Stanisława.
– Kiedyś w radiu słuchałem audycji o ginących zawodach. Na koniec prowadząca program stwierdziła, że wkrótce do tych zawodów dołączy także szewc… Ale my jeszcze się trzymamy! – mówi Paweł Ochenduszko. Dlaczego zawód szewca może dołączyć do grona ginących zawodów, takich jak kowal, zdun czy rymarz? Powody są przede wszystkim trzy:
TECHNOLOGIA, WYGODA, ZAMOŻNOŚĆ
Przez pierwsze dekady istnienia zakładu przy ulicy Mickiewicza, w latach 60. i 70. XX wieku, pracy nie brakowało. Przede wszystkim dlatego, że szewc nie tyle naprawiał, co… wytwarzał buty. Stanisław i Paweł pokazują nam oficerki na skórzanej podeszwie, zrobione jeszcze w zakładzie ich dziadka i ojca.

– Na zimę trzeba było ludziom buty robić. Ciepłe, skórzane, przede wszystkim kozaki… Stosy tego były, ojciec całe lato je robił – wspomina pan Stanisław. – Trzeba się było przy tych butach sporo napracować – dodaje jego syn Paweł. – To była ciężka, fizyczna praca.
Kiedy nadszedł czas, w którym produkcja butów zaczęła zanikać? – To był początek lat 80. – wspomina Stanisław Ochenduszko. – Już w latach 70. powstawały zakłady obuwnicze, weszła seryjna produkcja, technologia. Przestało opłacać się robić buty.
A nawet gdyby się opłacało, to… – Moje pokolenie było przyzwyczajone do chodzenia w sztywnych butach. Teraz nikt by już w takich nie chodził. Wraz z technologią przyszła też wygoda – mówi pan Stanisław.
Paweł potwierdza te obserwacje: – Jeszcze 20 lat temu naprawialiśmy buty na szpilkach. Dziś kobiety nie chodzą w szpilkach, może tylko te co chodzą do sądu, te co muszą… Na ulicach już nikt w nich nie chodzi, nawet na wesela ludzie w adidasach chodzą!
Ale nie tylko to sprawiło, że dla rodziny Ochenduszków i innych zakładów szewskich nadeszły chude czasy…
KONSUMPCJA I NADPRODUKCJA ŚMIECI
Jednym z najważniejszych powodów, dla których zakłady szewskie – podobnie zresztą jak punkty prowadzone przez zegarmistrzów czy krawcowe – znikają z mapy miasta jest coraz większa… zamożność społeczeństwa.
W czasach PRL na zakup butów trzeba było wydać nieraz jedną czwartą, czasem nawet połowę pensji. Jeszcze w latach 90., gdy płaca minimalna wynosiła ok. 100 dolarów, zakup nowych butów, choćby zwykłych adidasów, był sporym wyzwaniem dla budżetu domowego. Dziś, gdy pensja minimalna wynosi prawie tysiąc dolarów, kupno nowych ubrań czy butów nie jest już dużym obciążeniem dla budżetów domowych.
To dlatego coraz częściej decydujemy się na zakup nowych rzeczy, niż naprawę i przywrócenie do użytkowania starych ubrań lub butów. Z drugiej strony rośnie jednak świadomość ekologiczna.
W najsilniejszej gospodarce świata, czyli w Stanach Zjednoczonych, wyrzuca się ok. 951 kg odpadów rocznie w przeliczeniu na jednego mieszkańca. W Polsce około 355 kg – już ponad trzy razy więcej niż w 1989 roku. W Szwecji – 395 kg. Ten kraj pokazuje, że rosnąca zamożność społeczeństwa nie musi oznaczać niepohamowanego konsumpcjonizmu i nieustannie rosnącej góry śmieci…
Przywracając drugie życie uszkodzonym butom czy innym produktom, możemy ratować najbardziej pożyteczne miejsca pracy i sprawić, że szewc, zegarmistrz, czy krawcowa nie dołączą do grona ginących zawodów.
NAPRAWA? CZY TO SIĘ OPŁACA?
Gdy pytamy Pawła Ochenduszkę, kim są dziś jego klienci i z czym przychodzą, bez wahania odpowiada: – To częściej kobiety niż mężczyźni. Naprawiamy różne rzeczy – buty, paski, torebki czy plecaki. Robimy wszystko, z doskoku.
W czasie naszej rozmowy, w sobotnie listopadowe południe pojawia się w sklepie kolejna klientka. Pani po sześćdziesiątce odbiera białe kozaczki. Za naprawę płaci tylko 20 zł. Przekonujemy się, że ceny usług są bardzo przystępne, dopasowane do zamożności mieszkańców miasta. I jeszcze lepiej rozumiemy, jak bardzo użyteczną społecznie i potrzebną pracę wykonuje na co dzień pan Paweł.
Warto zastanowić się, czy zamiast bezrefleksyjnie wyrzucać stare rzeczy na śmietnik, nie lepiej je naprawić? W ten sposób możemy pomóc przetrwać starym zakładom rzemieślniczym i tym samym ratować środowisko.











Właśnie dziś odbierałem tam swoje buty i pomyślałem, że warto by było utrwalić takie ginące zawody.A tu taka niespodzianka. Gratuluję Andrzej.