W II Liceum Ogólnokształcącym w Przemyślu nikt nie zapisał się na zajęcia z edukacji zdrowotnej. Jak słyszymy, wpływ na zerowe zainteresowanie mogła mieć dyrekcja szkoły.
– Naprawdę chciałam by syn chodził na te zajęcia – mówi nam matka 17-latka, który od dwóch lat uczy się w popularnej Morawie. – Pokazał mi jednak swój plan lekcji, w którym edukacja zdrowotna miała być na ostatniej lekcji, po religii, z której syn już w podstawówce za moją zgodą się wypisał. Powiedział, że w tej sytuacji nikt nie zdecyduje się siedzieć 7-8 godzin w szkole, więc odpuściliśmy. Szkoda, że dyrekcja jakby storpedowała zainteresowanie nowym przedmiotem. To nie rodzice czy uczniowie, ale ci którzy układali plany lekcji mieli największy wpływ na wybory uczniów i to od nich tak naprawdę zależało, jaki procent dzieciaków zdecydował się chodzić na zajęcia z edukacji zdrowotnej – twierdzi nasza rozmówczyni.
Jej zdaniem to właśnie tak skonstruowane plany lekcji sprawiły, że w II LO wszyscy złożyli rezygnację z zajęć. Niewiele lepiej było zresztą w innych szkołach średnich. W Zespole Szkół Elektronicznych i Ogólnokształcących, spośród 764 uczniów tylko 10 zdecydowało się na udział w zajęciach, w I LO – na 340 uczniów nowy przedmiot wybrało zaledwie 7 osób. To być może też kwestia przeładowania programu nauki w szkołach średnich.
Nieco większe zainteresowanie było w szkołach podstawowych. W sumie edukację zdrowotną wybrało w Przemyślu 23% osób – 1018 spośród 4391 uczniów szkół objętych programem. To dość słaby wynik, szczególnie zważywszy na statystyki związane z otyłością i nadwagą wśród dzieci i młodzieży, z narastającymi problemami ze zdrowiem psychicznym, czy wreszcie z uwagi na bardzo zły – jak pokazuje najnowszy raport NIK – stan profilaktyki zdrowotnej w zakresie propagowania i wdrażania zdrowego odżywiania.
Edukacja zdrowotna potrzebna od zaraz
Raport Światowej Organizacji Zdrowia (WHO European Childhood Obesity Surveillance Initiative – COSI, badania z lat 2022-2024) wskazuje, że w Polsce już 31% dzieci w wieku 6-9 lat zmaga się z nadwagą lub otyłością. Blisko trzy razy więcej niż 35 lat wcześniej. Co ciekawe, to nie jest nasza specyfika, efekt transformacji po upadku bloku sowieckiego. To znacznie szerszy trend, do pewnego czasu widoczny też m.in. w Szwecji, gdzie między 1986 a 2001 r. otyłość wśród dzieci w wieku 6-11 lat wzrosło z 11 do 23%. Polskie statystyki w tym okresie były zadziwiająco podobno.
Ale jest jedna zasadnicza różnica. Szwedom udało się zatrzymać ten trend, poprzez właśnie edukację zdrowotną i propagowanie zdrowego odżywiania. To dzięki temu zahamowali niekorzystny trend. Najnowsze dane Folkhälsomyndigheten wskazują, że od blisko ćwierć wieku wskaźnik otyłości i nadwagi dzieci praktycznie się nie zmienia – ostatnio wyniósł 22,8%. W Polsce w tym czasie wzrósł do 31%. Jesteśmy już w czołówce państw UE najgorzej dbających o zdrowe odżywianie dzieci. Stąd w 2024 roku pojawił się pomysł by naśladować Szwedów i wprowadzić do szkół nowy przedmiot.
Ministerstwo Edukacji Narodowej pod presją PSL i organizacji kościelnych (takich jak Stowarzyszenie im. ks. Piotra Skargi, które do dziś straszy przemyślan pochylonym nad dzieckiem panem w tęczowym krawacie) wycofało się jednak z planowanego wcześniej, obowiązkowego uczęszczania na zajęcia z edukacji zdrowotnej. Za tę kapitulację w przyszłości zapłacimy wszyscy, choćby wyższymi podatkami lub składkami na NFZ. Bo otyłość po prostu kosztuje. W USA – tylko na leczenie chorób związanych z otyłością – wydaje się ok. 250 miliardów dolarów rocznie.
Raport NIK: Dotychczasowe działania zwyczajnie nieskuteczne
O tym dlaczego potrzebujemy edukacji zdrowotnej sporo mówi nam wspomniany już, opublikowany 2 października tego roku raport Najwyższej Izby Kontroli. NIK oceniła, że podmioty odpowiedzialne za propagowanie i wdrażanie zdrowego odżywiania robią to nieprawidłowo i niewystarczająco. Dotyczy to zarówno ministerstw (Zdrowia, Edukacji), Głównego Inspektoratu Sanitarnego, jak i szkół, przedszkoli oraz żłobków.
Omówimy pokrótce ten dokument, bo jego wnioski są niezwykle ciekawe. Gdzie tkwi problem? Właściwie na każdym poziomie. Oto diagnoza:
1. Brak spójnej polityki państwa
- Ministerstwo Zdrowia rozpoznaje problemy (otyłość, złe nawyki żywieniowe), ale nie stworzyło kompleksowej strategii, która realnie koordynowałaby działania różnych instytucji.
- Narodowe Programy Zdrowia zawierały cele dotyczące żywienia, ale niewystarczające, niespójne i bez mierzalnych wskaźników.
- Rezygnowano z niektórych działań mimo braku poprawy w obszarze żywienia społeczeństwa.
2. Wady w monitorowaniu i ocenianiu działań
- Brak mierników niemal uniemożliwił ocenę efektów działań edukacyjnych i zdrowotnych.
- Monitoring ograniczano głównie do „liczby projektów” zamiast oceny ich skuteczności.
- Minister Zdrowia nie przeprowadził ewaluacji NPZ 2016–2020, a MEN nie monitorował, czy szkoły realizują obowiązki dotyczące promowania zdrowego odżywiania.
3. Problemy w szkołach, przedszkolach i żłobkach
a) Jadłospisy:
- 20 z 21 placówek miało jadłospisy niezgodne z przepisami lub rekomendacjami.
Problemy dotyczyły m.in.:- zbyt małej ilości warzyw, owoców, ryb, produktów pełnoziarnistych;
- zbyt częstego podawania potraw smażonych;
- serwowania parówek, kiełbas i produktów wysoko przetworzonych;
- braku kontroli kaloryczności posiłków – często przekraczały lub nie osiągały norm.
b) Kwalifikacje personelu
- Tylko w 3 z 21 jednostek zatrudniano dietetyka.
- Jadłospisy układali głównie intendenci lub kucharze bez kierunkowego wykształcenia.
c) Umowy z dostawcami
- W większości szkół umowy na catering nie zabezpieczały jakości posiłków, nie zawierały kar za nieprawidłowości ani możliwości kontroli produktów.
d) Marnowanie żywności
- Placówki nie monitorowały skali marnowania jedzenia.
4. Sklepiki szkolne i automaty
- W wielu szkołach sprzedawano produkty niezgodne z przepisami: z nadmiarem cukru, soli, tłuszczu.
- Umowy nie zawierały żadnych narzędzi kontrolnych.
- Kontrole ujawniły liczne nieprawidłowości.
Nasz komentarz
Raport NIK wskazuje na systemowe zaniedbania, brak realnej koordynacji między instytucjami i słabą w praktyce skuteczność działań państwa. W efekcie dzieci w wielu miejscach nie otrzymują zdrowych, zgodnych z normami posiłków, a edukacja żywieniowa istnieje głównie w teorii, jest nieskuteczna. Wniosek? Edukacja zdrowotna przydałaby się też politykom, zarządzającym oświatą, osobom przygotowującym posiłki w szkołach i przedszkolach, prowadzącym sklepiki szkolne…
Przerażające, że w tym stanie funkcjonowania państwa i jego instytucji politycy oraz dyrektorzy szkół skapitulowali wobec histerii części środowisk kościelnych i storpedowali wprowadzenie przedmiotu, który – tak jak to było w Szwecji – mógłby uwrażliwić na kwestie zdrowego odżywiania dzieci, realnie poprawić ich świadomość, docelowo też – zdrowotność całego społeczeństwa.
Histeria była tym bardziej absurdalna, że zajęcia z edukacji zdrowotnej mieli prowadzić doskonale znani dyrektorom pedagodzy, a średnia wieku nauczycieli w przemyskich szkołach to dziś 54 lata. Ktoś naprawdę uwierzył, że średnio 54-letni pedagog będzie wprowadzać „lewacko-liberalną” ideologię do szkół? Śmieszne, tym bardziej, że ona…. już tam jest.
To nastolatki – wychowane na Netflixie, mające dostęp do globalnej kultury – są najbardziej progresywną światopoglądową grupą w Polsce, więc „lewactwo” – czy tego chcemy czy nie – bez pytania nikogo o zgodę już się w naszych szkołach wygodnie rozgościło. Widać to choćby po największej – spośród ponad stu badanych krajów świata – różnicy w religijności starszego i młodszego pokolenia.






