Funkcjonariusze Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej i Służby Celno-Skarbowej nie radzą sobie z organizacją odpraw granicznych na Międzynarodowym Dworcu Kolejowym w Przemyślu. Czas z tym coś zrobić, pani wojewodo!
Komentarz: Mariusz Piotr Sidor.
Jeszcze kilka lat temu – gdy regularnie podróżowałem do Lwowa – procedury graniczne odbywały się „w locie”, czyli w pociągu, w czasie jazdy. Wtedy podróż trwała od 1,5 do 2 godzin. Dziś nigdy nie wiadomo ile potrwa…
Mój ostatni pociąg express InterCity wyjechał opóźniony dwie godziny. Powód? Przedłużająca się odprawa pasażerów z pociągu z Ukrainy do Przemyśla. Dopiero po zakończeniu procedur przyjazdowych ta sama zmiana rozpoczęła odprawy wyjazdowe. W tym czasie wszyscy oczekujący w kolejce – matki z dziećmi, osoby starsze i inni marzli na dworze.
To z kolei efekt ciągle niedoinwestowanej infrastruktury, nieprzystosowanej do całorocznej obsługi podróżnych. PKP latem funduje brak klimatyzacji – dworzec w tym miejscu zamienia się w szklarnię. Zimą ewidentnie brakuje poczekalni.
Sytuacja z opóźnieniem pociągu powtórzyła się przy powrocie. Mimo, że skład z Kijowa przyjechał punktualnie, oczekiwaliśmy w wagonach blisko godzinę. Trzeba było czekać aż służby odprawią inny pociąg do Ukrainy.
W środku płaczące i zniecierpliwione dzieci, osoby starsze i inni. Zrozumiałe: wojna wymaga dokładności i skrupulatności w odprawach, ale czy naprawdę nie da się wzmocnić obsady przejścia? Na lotniskach służby dają radę. Samoloty startują planowo, odprawy nie opóźniają odlotów, a za opóźnienia linie lotnicze zwracają pieniądze i płacą kary!
Tutaj kary powinni płacić organizatorzy pracy na przejściu kolejowym w Przemyślu, czyli państwo polskie. Może faktycznie jedynie przez roszczenia do Skarbu Państwa i procesy sądowe da się zmusić rząd do podjęcia właściwych decyzji o zatrudnieniu pracowników i do właściwej organizacji ich pracy? Miało być coraz lepiej, jest gorzej. Czas przestać gadać tylko robić!






