27 stycznia jest Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holocaustu. Z tej okazji publikujemy niezwykłą opowieść, opartą na relacji Esriela Leimsiedera – przemyskiego Żyda, który przeżył piekło tutejszego getta. Jest jedynym ocalałym, który przebywał tam od powstania zamkniętej dzielnicy żydowskiej aż do jej likwidacji i spisał swoje wspomnienia.
Tekst: Andrzej Orzechowski
Luty 1925 roku. W II Rzeczypospolitej już od czternastu miesięcy rządzi premier Władysław Grabski, a w 60-tysięcznym Przemyślu, w rodzinie Moritza Huta i Mirli, rodzi się chłopczyk. Drugie dziecko i długo wyczekiwany syn. Wcześniej, w 1923 roku, przyszła na świat jego siostra Feiga.
Rodzice nie są zamożni. Moritz przyjechał do Przemyśla ze wsi Zabłotce w powiecie jarosławskim, pracuje jako kelner. Mirla zajmuje się domem.
Esriel czyli „Bóg jest pomocą”
Rodzice dają synowi imię Esriel. Dwie dekady później okaże się, że hebrajskie znaczenie tego imienia było chyba przeznaczeniem chłopca, bo Bóg, Jahwe, faktycznie okaże się pomocny. Esriel – jako jedyny z rodziny – przeżyje Holocaust.
Ojciec już w 1942 roku, jeszcze przed likwidacją getta, zostanie zakatowany przez niemieckiego oficera. Matka i siostra zginą w obozie zagłady w Bełżcu, podobnie zresztą jak 90 procent Żydów z przemyskiego getta. Liczna rodzina z innych miast – z Lwowa, Katowic, Krynicy i Jasła – zaginie bez wieści.
Młody Esriel jest oczkiem w głowie rodziców. Ma kochający i bezpieczny dom. To pomoże mu później zachować pogodę ducha do ostatnich dni życia, o czym przekonają się czytelnicy jego spisanych wiele lat później wspomnień.
Janek Ziemmermann, młodszy od Esriela przemyski Żyd, który także ukrywał się na terenie getta (choć w innym bunkrze), zapamięta, że Esriel…
Jako młody człowiek nosił Pelerynę i kapelusz z piórkiem, żeby wyróżniać się, wyglądać w bardziej wyszukany sposób.
Opowie o tym po latach Łukaszowi Biedce, psychologowi pracującemu z ocalonymi z Zagłady. Ten, w 2008 roku opracuje i opublikuje wspomnienia Leimsiedera na łamach rocznika „Zagłada Żydów”, wydawanego przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Polskiej Akademii Nauk.
„Blondyn o wyglądzie niezbyt semickim”
To tytuł tej publikacji, bo też od takiego opisu samego siebie, 14-latka u progu II wojny światowej, zaczyna swoją opowieść Esriel Leimsieder.
Jest wrzesień 1939 roku. W połowie miesiąca Wehrmacht opanowuje całe miasto. Przez 11 dni – do czasu podziału Przemyśla na część sowiecką i niemiecką – społeczność Żydów, zamieszkująca głównie stare miasto, drży ze strachu.
Przed wycofaniem się na prawy brzeg Sanu Niemcy dokonują kilku masowych egzekucji. Giną w nich zarówno Żydzi z miasta i okolicznych wsi, jak i ci uciekający wcześniej przez hitlerowskim okupantem. Esriel pamięta, że już wtedy musiał założyć na rękaw opaskę z gwiazdą Dawida i paradować w niej, chodząc do różnych prac porządkowych. Po bombardowaniach miasta i wysadzeniu mostu na rzece San roboty nie brakowało.
Ale czy na pewno już wtedy nosił gwiazdę Dawida? Formalny nakaz oznakowania Żydów nie był wprowadzony natychmiast. Być może więc działo się to później – w relacji Esriela nie wszystko jest idealnie umiejscowione w czasie. Może jednak zaczął ją nosić dopiero w upalne lato 1941 roku?
Okupacja sowiecka
Wkrótce Niemcy wycofują się za San. Zgodnie z układem Ribbentropp-Mołotow lewobrzeżną część Przemyśla zajmują Sowieci. Wyrzucają z mieszkań ludzi zajmujących kamienice tuż „przy granicy” – na Wybrzeżu Piłsudskiego. Okna w dzisiejszej siedzibie PiS zasłaniają więc ogromne portrety Stalina, Mołotowa i Woroszyłowa. Kąpiele w Sanie stają się niemożliwe:

W nowej rzeczywistości głównie zamożni ludzie – kupcy, przedsiębiorcy, adwokaci – muszą bać się o własne życie. No i oczywiście polskie, ukraińskie i żydowskie elity narodowościowe, które w pierwszej kolejności padają ofiarą represji i wywózek na Sybir. Pozostali żyją w miarę spokojnie. Adaptują się do nowej rzeczywistości. Choć w mieście brakuje niemal wszystkiego, przede wszystkim opału na zimę.
Sowieci przeprowadzają trzy masowe deportacje. W czerwcu 1940 roku, w czasie trzeciej fali wywózek na Sybir, Sowieci wpakują w wagony także licznych w przeludnionym mieście, biednych żydowskich uchodźców. Paradoksalnie zdecydowana większość z nich tylko dzięki temu przeżyje II wojną światową. Rodzina Esriela – gdyby tylko wiedziała, co czeka ją w kolejnych latach – zapewne marzyłaby, by znaleźć się w tym transporcie.
Póki co Leimsiederowie chcą zostać jednak w Przemyślu. Mimo niedostatku i codziennej indoktrynacji ideologią komunistyczną (w szkole i w czasie przymusowych zlotów, agitacji na przemyskim Rynku), 15-letni Esriel z trzy lata starszą siostrą Feigą wiodą zwyczajny, szkolny żywot nastolatków.
Początki drugiej okupacji niemieckiej
22 czerwca 1941 roku zaczyna się najbardziej mroczny czas w dziejach żydowskiej społeczności Przemyśla. W trakcie kilkudniowych walk Wehrmachtu z Armią Czerwoną i towarzyszącego im ostrzału zostaje zniszczonych wiele budynków w lewobrzeżnej części miasta, także w dzielnicy żydowskiej. Po ustaniu walk zaczynają się porządki, Żydzi zapędzani są do prac porządkowych, np. w okolicach kościoła Franciszkanów:

Po przejęciu Przemyśla przez Wehrmacht Esriel wraz z rodziną muszą opuścić przydzielone im wcześniej lokum na Smolki 5. Niegdyś jedna z bardziej reprezentatywnych ulic miasta, w Generalnym Gubernatorstwie nie może być przecież przestrzenią życiową Żydów.
Sznur na pętli tej społeczności zaczyna się zacieśniać. Ortodoksyjni Żydzi są regularnie upokarzani przez mundurowych, publicznie obcina się im brody. Wszyscy zmuszeni są stać w ogromnych kolejkach po i tak mocno ograniczone racje żywnościowe. Ulica Władycze:

Rodzina Leimsiederów tuła się po znajomych. Najpierw pomieszkuje gdzieś w okolicach dzisiejszej ulicy Wilsona, później w dzielnicy Wilcze. W 1942 roku niemiecki okupant nakazuje przeprowadzkę wszystkich Żydów do przemyskiego getta.
17-letni Esriel przymusowo kończy swoją edukację. Będąc w getcie zaczyna pracę. Najpierw na bocznicy kolejowej rozładowuje węgiel, dźwiga worki z cementem. Później zostaje przydzielony do lżejszej roboty. Opróżnia towarowe wagony ze znoszonej na frontach odzieży, zrzuca ją na podstawiane furmanki.
W tym okresie ginie Moritz Hut: „Pewnego dnia ojciec mój, na targowym rynku, nie zdjął czapki przed oficerem i został za to tak okrutnie pobity, że po dwóch dniach zmarł. Dostałem wtedy dzień wolnego z pracy, z pozwoleniem wyjścia na pogrzeb, oraz furę węgla gratis. Bocznymi ulicami szedłem z mamą i z siostrą na żydowski cmentarz, by pochować tatę i zmówić kadisz.”
„Nasz mały Piccolo”
Przytłoczony stratą ojca Esriel nie ma czasu rozpaczać. Próbuje wziąć na siebie obowiązki ojca i zdobywać żywność dla matki i siostry. Pewnego razu omal nie przypłaca tego śmiercią:
„Wynosiłem za wagony co lepsze swetry, podkoszulki, a nawet buty. Wymieniałem je z Polakami na żywność. Aż pewnego razu słyszę „Alle raus! Alle raus!” – rewizja! Kto wziął cokolwiek z wagonu, ma wystąpić z szeregu! Miałem na sobie dwa zielone pullowery – jeden pod koszulą, drugi przewieszony w kroku, w nogawkach. Podkasałem trochę rękawy, stanąłem w małym rozkroku i ani drgnąłem, choć ryzyko było ogromne! Tych, co się przyznali, nigdy już w getcie nie spotkałem.”
Po jakimś czasie Esriel zostaje przydzielony do pracy w wartowni Wehrmachtu. Getto budzi się szybciej, niż miasto po drugiej stronie Sanu. Strzały i krzyki rozpaczy nie pozwalają na błogi sen. Esriel wstaje do pracy, wychodzi przez bramę. Brama skrzypi zawsze w tym samym momencie dnia, jakby też miała swój rozkład dnia.
Chłopak dociera do pracy i każdego dnia czyści żołnierzom jedenaście par butów. Sprząta. Zarzyna konfiskowane przez Niemców mieszkańcom okolicznych wsi kurczaki:
„Piekłem je na okrąglaczku i nawet czasem obgryzałem kości. Na obiad przywozili z kantyny w kanistrze bardzo treściwą zupę z wkładką mięsa (Eintopfgericht), a jak czasem niezbyt im smakowała, to resztę zabierałem do domu, dla mamy i siostry. Niekiedy dostawałem papierosy i niedopałki. Pety oddawałem kolegom na placu, nienapoczęte fajki szmuglowałem do getta. Dałem się chyba lubić – nazywali mnie żartobliwie Unser kleiner Piccolo”.
Przed wyjazdem na front żołnierze Wehrmachtu nucą mu starogermańską pieśń pożegnalną i zostawiają na pamiątkę ustną harmonijkę. Ale względny spokój szybko się kończy. Niemcy powoli szykują się do likwidacji getta.
Śmierć mamy i siostry
W połowie 1942 roku Judenrat (żydowski samorząd getta) ogłasza, że wkrótce zaczną się „akcje przesiedleńcze”. Potrzebni do pracy mężczyźni otrzymują zaświadczenia, że mogą pozostać w getcie. Wszyscy inni wyjadą. Nikt jeszcze nie wie, że okupant wywiezie ich do obozu zagłady w Bełżcu:
Getto nie miało rozeznania, co czeka wysiedleńców. Po co i dokąd mają emigrować? Niby korzystniejsza egzystencja, spokojniejsze życie? Niektórzy chcieli w to wierzyć. Złudne nadzieje prysły, gdy podjechały zadrutowane, bydlęce wagony towarowe. Ludzie – widząc, jak straszne są perspektywy – naradzali się, szukali protekcji, podejmowali desperackie ucieczki. Nawet popełniali samobójstwa.
Pod siedzibą Judenratu popadający w obłęd tłum wyciąga błagalnie ręce o „Bescheinigung” – certyfikat umożliwiający pozostanie w getcie. Ale tylko specjalnie wyselekcjonowani, sprawni mężczyźni mają szansę otrzymać taki glejt. Esriel wspomina:
„Mnie się jakoś udało, ale moja kochana mama i siostra popłakiwały całą noc, pakując toboły. Gotowały jakieś tam strawy, piekły „bajgiele” na podróż w nieznane. Rano musieliśmy się pożegnać. Zabrakło nam słów i łez…
Leimsieder pamięta poranek i dwie kolumny marszowe. W jednej on – wychodzący z getta do pracy. W drugiej – mama, siostra i cały tłum osób, poganianych kolbami w zupełnie przeciwnym kierunku, w stronę odrutowanych, podstawionych już wagonów. Woła rozpaczliwie: „Mamo! mamo!…”, ale one mogą mu tylko pomachać chustkami. Za chwilę znikną z oczu. Kilka dni później zostaną spalone w komorach gazowych w Bełżcu.
„Ty jesteś Żydek, co?”
W getcie powoli widać i czuć coraz wyraźniejszy obraz nędzy i rozpaczy, to już katastrofa humanitarna. Esriel przymiera głodem. Jest tak osłabiony, że ledwo ma siły się ruszać. Ale musi:
Stałem się dosłownie żebrakiem. Naprawdę! Chodziłem po domach z menażką, by dostać choć trochę kwaszonej zupy czy kawałek suchego chleba.
Czasem pada z głodu gdzieś w kącie korytarza. Śpi pod schodami. W tym czasie do Żydów w getcie docierają już wieści o zagładzie w komorach gazowych. Gdy rozchodzi się pogłoska, że Niemcy szykują drugi transport do Bełżca, wycieńczony Esriel uznaje, że nie ma już nic do stracenia. Ryzykuje ucieczkę za płot getta.
Zdejmuje z rękawa opaskę z gwiazdą Dawida i – włócząc się aryjskimi ulicami – rozważa, czy nie szukać ratunku u baby z Pikulic. Tej samej, która przed wojną przywoziła jego rodzinie mleko. Nie ma jednak pewności, czy kobieta zechce go ukrywać. Nastolatek rezygnuje więc z tego planu, uznaje go za zbyt ryzykowny. Włóczy się po ulicach Przemyśla.
Zbliża się wieczór. U wylotu ul. Smolki Esriel słyszy nagle głos z tyłu: „Ty jesteś Żydek, co?”.
Ucieczka przed gwałtem?
Chłopak truchleje… Nie mając jednak nic do stracenia, potwierdza. Kim był tajemniczy mieszkaniec Przemyśla? To pan Stasiek: „Nieco już starszy, sympatycznie wyglądający facet, który – widząc moje przerażenie – powiedział z uśmiechem: „Nie bój się, chodź to cię przenocuję”… Trudno. Byłem bez wyjścia”.
Sprawy zaczynają przybierać dziwny obrót. Mężczyzna proponuje nastolatkowi, by czuł się jak u siebie w domu, zdjął buty i pooglądał album rodzinny. Przynosi na tacy pyszne kanapki. Zaczyna rozmowę:
Podpytywał mnie, popisywał się świńskimi kawałami. Gdy się upewnił, że mam „kindersztubę” – że jestem dobrze wychowany (czym w istocie mnie połechtał) – powiedział, że zrobi mi wspaniałą kolacyjkę z drinkiem i wykąpie mnie w pachnącej pianie przed spaniem. Musi jednak na chwilkę skoczyć do sklepiku po coś dobrego.
Mężczyzna zamyka chłopaka na klucz, wychodzi… Chwila zamienia się w wieczność. Esriel co rusz przezornie wypatruje gospodarza przez firankę:
Wreszcie wynurzył się zza zakrętu prowadząc granatowego policjanta, może przypadkowo idącego tuż za nim. Doświadczony gorzkimi przeżyciami (choć czasem też przewrażliwiony) na chybił trafił wyskoczyłem z wysokiego parteru przez kuchenne okno, na kocie łby po drugiej stronie domu. Pędziłem jak zwariowany, potykając się o grządki ogródka, za którym na niedużym placyku stało kilka komórek. Jedna z rupieciarni była niedomknięta.
Esriel przykrywa się w niej starym szaflikiem. Przeczekuje tam niemal bez ruchu całą noc. Dopiero rano wygramoli się cicho ze schowka i znów wyjdzie na uliczki Przemyśla. Dołączy do grupki Żydów, idących za miasto do pracy, do sortowania przesuszonych desek. Po drodze będzie zastanawiać się kim był pan Stasiek z ulicy Smolki i co mogłoby się stać, gdyby nie uciekł przez okno…
Pierwszy powrót do getta
Niesamowitych przygód po aryjskiej stronie Esriel miał więcej. Tego samego dnia wszedł na wysoką stertę desek i zasnął na słońcu. Po jakimś czasie obudziło go nieprzyjazne szczekanie. Ujrzał potężne psisko.
Mężczyzna w cywilu zapytał złośliwie, czy jest wartownikiem, po czym ściągnął go z legowiska. Pies szarpał go za nogawkę, cywil kierował zaś kopniakami do dyżurki. Chwilę później Esriel zobaczył wjeżdżających na plac niemieckich żandarmów. Nie wróżyło to nic dobrego, więc:
„Desperacko wdrapałem się na stryszek, odciągnąłem dość słabo przybitą deskę i przeturlałem się za drugą stronę ścianki, na jakieś żelastwa. Siedziałem w kącie jak mysz pod miotłą, i dopiero gdy samochód ze skazańcami (winowajcami) odjechał, a na placu zaległa cisza, postanowiłem przez szczelinę wybadać sytuację. Gdy podnosiłem się z kucania, zabrzęczała mi pod nogami jakaś piła. Po chwili usłyszałem „Wer da?!” [Kto tam]. To był przemyski strażnik. Z trudem mnie wypuścił ale kazał spierdalać do getta”.
Nocleg w szopie, tonięcie w szambie
Esriel wrócił więc tam, skąd uciekł. Ale gdy gruchnęła wieść o planowanym, kolejnym transporcie do obozu zagłady, znów zdecydował się na ucieczkę. Zabrał ze sobą kilka koszul i grubawe palto. Na ulicach miasta dołączył – znów nielegalnie – do innej grupy Żydów, pracującej tuż za rogatkami Przemyśla. Schronił się i zasnął w ich tymczasowej noclegowni.
Rano musi uciekać, bo strażnicy wołają wszystkich na zbiórkę. Wskakuje przerażony do szamba i… omal nie tonie:
Zapadałem się coraz głębiej – prawie po szyję, nie wyczuwając gruntu pod nogami, ale palto było jakby moim kołem ratunkowym (i utrzymywało mnie chyba na powierzchni).
Na pomoc pospieszyli mu inni mężczyźni, na szczęście go wyciągnięto. Po tej przygodzie czyścił się przy jednej ze studni cały dzień, po czym – głodny i zrezygnowany – znów wrócił do getta.
Sytuacja w Żydowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej, mimo doskwierającego głodu i problemów z zaopatrzeniem, stabilizowała się… Po pierwszych transportach do Bełżca i licznych egzekucjach getto nie było tak przeludnione jak wcześniej.
Kaci przemyskiego getta
Esrielowi udało się zamieszkać w suterenie i spać na prawdziwym łóżku: „Wiodło mi się jako tako, bo handlowałem czym się dało. Sprzedawałem akurat na dość ruchliwym placu czapki (i właśnie jedną dawałem mojemu kumplowi Heńkowi na kredyt), gdy nadjechały nieoczekiwanie auta gestapowców i zaczęła się łapanka.”
Stabilizacja szybko okazało się iluzją. Getto wizytował akurat SS-Sturmcharführer Rudolf Bennewitz, towarzyszył mu Józef Kajtasz, jedna z najmroczniejszych postaci Przemyśla w czasach wojny. Poznaniak, który zgłaszał się na ochotnika do mordowania Żydów. Esriel wspomina:
Mówił dobrze po polsku i lubił się przechwalać, że osobiście rozwalił kilkuset „parchów” w rekordowym tempie.
W pewnym momencie rozległy się strzały. Ludzie rozpierzchli się na wszystkie strony. Niektórych zastrzelono na miejscu. Esriel tak to zapamiętał:
„Wpadłem do jakiejś kamienicy. Uciekałem po schodach do góry, a za mną, strzelając, pędził hitlerowiec. Nie mógł mnie trafić, bo ciągle biegłem o pół piętra wyżej – za zakrętem.
Niemiec w końcu dopada go pod strychem, kopniakiem spycha w dół ze schodów i prowadzi na podwórku: „Wskazał mi rewolwerem ścianę, pod którą stało już kilku połapanych mężczyzn. Gdy jeden z nich rzucił mu się pod nogi z błaganiem o darowanie mu życia, zastrzelił go od razu. Ja stałem otępiały, jakoś dziwnie bezwolny, bezsilny i – nie zapomnę tego nigdy – spokojnie czekałem na strzał.”
Zasztyletowanie dwóch gestapowców
Łapanka była skutkiem tego, że Krebs Majer, Żyd z przemyskiego getta, postanowił „uczcić” wizytę Bennewitza zasztyletowaniem wysokiego rangą oficera gestapo. Niemiecka policja (Ordnungspolizei) zatrzymała 50 żydowskich mężczyzn jako zakładników. Mieli być uwolnieni tylko w sytuacji, gdy Żydzi z getta pomogą Niemcom schwytać żydowskiego bojownika.
Zanim to się stało, w getcie zginął jeszcze jeden gestapowiec o nazwisku Reisner. Zasztyletował go inny Żyd, Grün. Obaj uciekli z getta. Esriel wspomina, że Grün razem z Krebsem próbowali przedostać się do polskiej partyzantki, ale „Żydów przyjąć nie chcieli”. Chwilę później Grüna ujęto.
Leimsieder relacjonuje: „Wreszcie i Krebs musiał wyjść z lasu. Skrył się w bóżnicy przy ulicy Słowackiego i – na swoją zgubę – przesłał do getta list z prośbą o prowiant. Podobno pewna kobieta, której mąż był z nami w więzieniu, przekazała tę wiadomość do Judenratu”.
Gestapowcy urządzili obławę, po czym wysłali po Krebsa dwóch zwykłych policjantów z Orpo (niemieckiej policji porządkowej). Sami nie chcieli ryzykować życiem. Policjanci przedstawili sytuację zakładników, więc Krebs – nie chcąc mieć na sumieniu pięćdziesięciu osób – zdecydował poddać się bez walki.
„Inżynier Spitzberg odtańczył kozaka”
Radość zakładników była ogromna: „Gdy klucznik oznajmił nam przez wizjer, że nas wypuszczają na wolność, okrzykom i uściskom nie było końca. Zaczęły się śpiewy, żarty. Inżynier Spitzberg odtańczył kozaka, dostał nawet brawa. Nastał ogólny nastrój wesołości i świętowania cudu nie do wiary.”
Nie trwało to długo, bo już chwilę później zakładnicy zmuszeni byli oglądać egzekucję zbiegów. Do powieszenia Krebsa, Grüna i towarzyszącego im Grunda zmuszono żydowską policję porządkową z getta.
Okazało się też, że nie wszystkich zakładników wypuszczono. Aż 25 wywieziono z więzienia i rozstrzelano. „Jeden podobno – Weglanfer – cudem się uratował. Zginęli wtedy z rąk hitlerowskich oprawców – Meilech Krzeszower, Jerzy Schaffel, Janek Ehrman i inni” – wylicza z niemal encyklopedyczną dokładnością Leimsieder.
Ostatnie chwile przed zniszczeniem getta
Nieuchronnie zbliżał się moment całkowitej likwidacji przemyskiego getta, Esriel dobrze pamięta tę chwilę: „Jeszcze przed świtem zobaczyłem, jadącą wprost na okna mojej sutereny, długą kolumnę wojskowych samochodów z zapalonymi reflektorami. Widok był porażający! Nie zapomnę tego do końca życia. Patrzyłem w osłupieniu, jakby sparaliżowany. Mieszkający ze mną Heniek pociągnął mnie na korytarz.”
Owładnięci strachem ostatni mieszkańcy getta biegali w górę i w dół po schodach, nie za bardzo wiedząc nawet po co. Esriel dowiedział się, że w największej tajemnicy zrobiono w jego kamienicy kryjówki, tzw. bunkry: „Zdziwiony zobaczyłem, że na piętrze wszyscy pchają się do jednego mieszkania, więc i ja się tam z Heńkiem wcisnąłem na siłę.”
W pokoju stoi zleżana kuchnia, przed nią prostokątna blacha – jako zabezpieczenie przed rozżarzonym węglem. To one maskują wejście przez otwór w podłodze do pokoju na parterze: „Drzwi do tego pomieszczenia zostały skasowane – zamurowano je od strony korytarza idealnie, równo ze ścianą. Przez okno z firanką – wychodzące na aryjską ulicę – widać było dokładnie niemieckie oddziały likwidacyjne, strzelające to tu, to tam. Staliśmy w zatłoczonym pokoiku pocąc się strasznie. Nie było czym oddychać. Z pragnienia zlizywałem ze ściennej tapety krople wilgoci. W tej ciasnocie – jak Boga kocham – zsikałem się w spodnie.”
Dziecko zaduszone poduszką
Z ostatnich chwil getta Leimsieder zapamiętuje i mniej, i bardziej traumatyczne chwile: „Wyszliśmy z Heńkiem na przedbiegi i odkryliśmy na strychu kolejny bunkier, który został skrócony przez wymurowanie bocznej, nowej ściany. Z zamaskowanym ceglaną klapą wejściem. Fantastyczna pomysłowość z perfekcyjnym wykonaniem – nie do wiary! Było tam jeszcze ciaśniej, bo ludzie z dolnego bunkra wpakowali się do bezpieczniejszej kryjówki.”
Kolejnego ranka Niemcy wznowili przeszukiwania dzielnicy żydowskiej: „Penetrowali cały dom i, chociaż nas nie odkryli, nie obyło się bez ofiar. Gdy usłyszeliśmy na strychu kroki i szwargot, jakieś niemowlę poczęło płakać. Przerażeni ludzie zdusili je poduszką. Oszalałą z rozpaczy matkę ledwo udało się uratować. Niewinne dziecko zginęło, by inni mogli przeżyć.”
Tymczasem z ulic rozlegają się wezwania niemieckiej policji. Mundurowi wykrzykują, że wszystkim, którzy dobrowolnie wyjdą z ukrycia, nic złego się nie stanie. Ci zaś, którzy się nie ujawnią lecz zostaną złapani, będą rozstrzelani.
Esiner tak zapamiętał ten moment: „Bunkier opustoszał, ja jednak zostałem. Namawiałem Heńka, by także został, ale nie mógł się zdecydować i wyszedł… Ale wrócił! Tych, którzy uwierzyli, że nic im nie grozi, zapędzono do sali gimnastycznej. Tam czekała ich pewna śmierć.
Przez parę godzin słychać serie strzałów, kilka godzin później czuć zapach śmierci: „Dolatywał do nas przez okienko na strychu wyraźny swąd spalenizny. To robota oprawców, którzy układali zamordowanych w sterty i palili zwłoki, by zatrzeć ślady swoich zbrodni.”
Wybuchy w ruinach getta
Wieczorem Eisner wraz z Heńkiem znów wychodzą na przeszpiegi. Chcą znaleźć w mieszkaniach jakieś resztki żywności, bo…
jedliśmy już tylko cebulę
Wtedy niespodziewanie napotykają bardzo ładną blondynkę, niosącą w kubku gorącą herbatę: „Okazało się, że jej mąż, Kraut, i synek czekają na nią na dachu w bunkrze. Kraut zrobił go tylko dla swojej rodziny.
Pan Kraut (elektryk ze smykałką) chcąc nie chcąc przygarnął mnie z Heńkiem… Może w obawie, byśmy przypadkiem nie sypnęli. Przezornie oddzielił nas jednak synkiem od swojej żony przed spaniem. Ciasnota była okropna.
Niemcy, zirytowani już faktem przedłużającej się likwidacji getta, zdecydowali się na wysadzanie po kolei domów z ukrytymi bunkrami. Było ich sporo. Cel był oczywisty: „Wykurzyć niedobitki i zrównać getto z ziemią”.
Żydzi wydani, kamienica uratowana
Wybuchy zbliżały się do kryjówki rodziny Krautów. Jedni z ostatnich mieszkańców getta, przytuleni do siebie z trwogi, czekali aż lada moment wylecą w powietrze. W pewnym momencie usłyszeli jednak głosy: „Co jest? Ktoś tu coś pozabijał deskami!”. Krautowie, Esriel, Heniek i inni aż podskoczyli na swoim legowisku.
Okazało się, że właściciel kamienicy przy Kopernika 20 – tej, w której się ukrywali – człowiek o nazwisku Szczurko desperacko chciał ratować swoją własność. Zabrał więc na miejsce granatowego policjanta – Polaka. Ten zaczął walić korbą karabinu w prowizoryczny schron. „Cóż było robić? Nie było rady – wyszliśmy sami z tego naszego schowka” – wspomina Esriel.
Kompletnie zbaraniali gospodarze domu szybko gdzieś wybiegli, a pan władza zabrał nas na gestapo. Po drodze, gdy policjant potknął się o jakąś cegłę, rzuciliśmy się z Heńkiem desperacko do ucieczki.
Młodzi mężczyźni pobiegli w przeciwne strony. Policjant – nie wiedząc, którego gonić – zatrzymał Krauta i jego żonę z synkiem. Potem szybko zrobiono obławę, która ostatecznie wypłoszyła wszystkich z ruin strzałami.
Transport do Stalowej Woli
Esriel wygrzebał się spod gruzów i wtedy też ujrzał pojmanego chwilę wcześniej Heńka. Wraz z towarzyszem zamknięto go w przedwojennych koszarach. Tam nastolatkowie spotkali rodzinę Krautów, która też – jak się okazało – podjęła nieudaną próbę ucieczki.
Leimsiederowi jeszcze tego samego dnia kazano kopać dół („może dla nich, a może dla mnie?”). Wciąż wierzył jednak, że i z tej opresji wyjdzie. Nie pomylił się:
W koszarach czekaliśmy na zapowiedzianą wywózkę i przesiedlenie ostatnich, około stu zdolnych do pracy Żydów do innego miasta. Przemyśl miał być już „Judenfrei” [wolny od Żydów].
Zimową nocą (1 lutego 1944 roku) podstawiono duże towarowe wagony z napisem „Juden”, do których wpakowano samych mężczyzn: „Jechaliśmy stłoczeni na stojąco, bez pośpiechu. Wszak to tylko Żydzi – towar nie psujący się.
Transportowani bez jedzenia i picia, co jakiś czas przestawiani byli na różne tory. Na jednej z bocznic kolejowych jakiś litościwy kolejarz wsunął im ukradkiem litrową butelkę z wodą i pół chleba. Tylko raz się tak zdarzyło, choć przystanków było więcej. Mało było odważnych ludzi, chętnych pomóc Żydom w tych czasach.
Tragiczny przemyt żony
Dokładnym miejscem przeznaczenia wciąż żywego transportu był „Obóz Pracy dla Żydów” w Stalowej Woli – Rozwadowie. Po wyjściu z wagonów ocalonym z przemyskiego getta rozkazano rozebrać się i wejść pod prysznic. Rzeczy mieli oddać do odwszenia. Wtedy okazało się, że:
Pewien mężczyzna przemycił swoją żonę, którą – rzecz jasna – odkryto. Mimo że obcięła włosy na chłopca i była prawie bez piersi. Zabrano ją na bok. Padł tylko jeden strzał…
Pobyt w drewnianych barakach z piętrowymi pryczami i praca w obozie trwała do lata 1944 roku. Żydzi pracowali na potrzeby Wehrmachtu. Mieszkali jednak w fatalnych warunkach:
W szczelinach roiło się od niemożliwych do wytępienia (choć urządzaliśmy polowania) pluskiew. Łaziły po nas wszy, a także mendy. Lekarz na tę dolegliwość szarej maści nie dawał.
Żarcie było typowo obozowe. Kawa zbożowa lub herbata, pajdka chleba, buraczana zupa, kapuśniak, czasem krupnik. 19-letni już Esriel na początku jednak nie narzekał, pracował w kuchni. Potem dostał paskudnie ciężką pracę przy remontach pieców martenowskich: „Wchodziło się do takiego nie całkiem wystygłego wnętrza i – w dziurawych rękawiczkach, gołymi palcami – wyrywało uszkodzone, gorące jeszcze cegły. Żar nie pozwalał na długie tam przebywanie. Musiałem wystawiać głowę, by odetchnąć, a ręce miałem tak okropnie pokaleczone, że porobiły mi się ropnie.”
„Stalin! Staalin! Staaalin!”
Pod koniec lipca 1944 r. zbliżał się front. Niemcy postanowili zlikwidować obóz i wywieźć Żydów dalej, na zachód:
Gdy nas eskortowali przez duży, gęsty las, zaczęliśmy uciekać. Pędziłem – potykając się o pniaki – w kierunku, z którego słyszeliśmy strzały z karabinów maszynowych
W pewnym momencie Esriel ujrzał na polnej drodze chudą szkapę, a na niej sowieckiego żołnierza: „Pijany ze szczęścia podbiegłem do niego z okrzykiem radości. Z wrażenia, zamiast wyzwoliciela, pocałowałem końską chabetę, w samą dupę! Potem dopiero uściskałem mojego wybawcę, poklepując go po plecach.”
Po chwili pojawiło się jeszcze kilku uciekinierów z obozu, którzy – okrążywszy wianuszkiem zbaraniałego ze zdziwienia sowieckiego żołnierza – w szaleńczych podskokach wykrzykiwali bez opamiętania „Stalin! Staalin! Staaalin!” i odśpiewali coś w rodzaju „Szalom Alejchem”.
Uciekinierzy dostali od radzieckich żołnierzy jedzenie, o jakim przez cały okres okupacji mogli tylko marzyć: „Po sporym łyku śmierdzącego ruskiego samogonu, „na prikusku” razowiec i świńską „tuszonkę”, a potem na obiad wojskową grochówkę z polowej kuchni. Pycha!”
Powrót do Przemyśla
Esriel Leimsieder postanowił wrócić do wyzwolonego już wcześniej, 17 lipca 1944 roku, Przemyśla. Piechotą. Nie było to jednak powodem do zmartwień, bo…
Szedłem ze szczęścia leciutki jak piórko na wietrze, podziwiając najpiękniejsze na świecie pola, drzewa w słońcu. Ale niebawem mój zbuntowany żołądek dał o sobie znać i co chwila musiałem w krzakach spuszczać portki.
W takiej pozycji wypatrzyli go żołnierze polskiego podziemia niepodległościowego: „Dwaj partyzanci w cywilu, z polskimi orzełkami na czapkach wojskowych. Sądzili, że może jestem wrogim dla nich Ukraińcem, wzięli mnie więc na cel z rozkazem – ręce do góry! Pomyślałem, że przeznaczone mi było zginąć. Ale teraz, już prawie po wojnie? Dlaczego? Za co?
W tej tak zgubnej dla mnie chwili – zapewne olśniony przez Boga – znalazłem najodpowiedniejsze wyjście z opresji. Podciągając do góry opuszczone spodnie, podsunąłem im pod nos mojego obrzezanego kutasa i oni – zatknąwszy broń za pasy – śmiali się do rozpuku.
Esriel i partyzanci pomachali sobie jeszcze nawzajem z oddali. Chwilę później nastolatek znów udał się w krzaki, „dziękując żydowskiemu Panu Bogu za czuwanie” nad nim.
Armia Czerwona czeka
Jesienią 1944 roku sowiecka armia, wciąż walcząca z hitlerowskimi Niemcami, ogłasza w Przemyślu przymusowy pobór do wojska. Odezwa na ten apel jest znikoma. Ani Polacy, ani Ukraińcy nie garną się do śmierci na froncie… Esriel także. Dozorca domu, w którym się zatrzymał, jest jednak antysemitą. Nasyła na chłopaka „ruskich”.
Sowieci chętnie biorą Żydów do wojska i po krótkim przeszkoleniu wysyłają na pierwsze linie. Po to choćby, by mogli mścić się – już bliżej Berlina – na fundującym im Holocaust Hitlerze. Esriel wspomina:
Zostałem w mieszkaniu pojmany przez dwóch „sołdatów” i zamknięty w jakiejś szkolnej sali. Myśląc, że na wojnie to już na pewno śmierć mnie dopadnie, zanuciłem sobie smętnie „Ta ostatnia niedziela”… I z korytarza usłyszałem – „Chto to tak krasivo pajot? Paczemu wy jewo wziali – puszkajtie jewo!” Wypuścili.
O uwolnieniu tak naprawdę nie zdecydował jednak rzewny śpiew: „Miałem dokumenty z lipną datą urodzenia, ale zapomniałem się do tego przyznać…” – wspomina Esriel Leimsieder. Faktycznie, jeszcze w powojennych biografiach znajdujemy informację, że urodził się w 1927 roku. Papiery odmłodziły go o dwa lata i jesienią 1944 roku uratowały przed wcieleniem do Armii Czerwonej.
Co stało się z jego przyjacielem? „Heniek był ode mnie trzy lata starszy i strasznie palił się do wojska, by powybijąć trochę Niemców. Ale nie wiem, czy nie zginął podczas ucieczki z obozu, bo nigdy go już nie spotkałem. Straciłem go na zawsze.”
Powojenne losy Esriela Leimsiedera
Esriel tuż po wyzwoleniu realizował swoją pasję. Został aktorem odradzającego się po wojnie w Przemyślu amatorskiego Teatru Fredreum:

W listopadzie 1944 zapisał się też do Studium Dramatycznego przy Fredreum, które prowadziła wówczas Hanna Małkowska. Rok później wyjechał do Warszawy. Uczył się w Liceum Techniczno-Teatralnym, którego dyrektorem był mąż Hanny, Witold Małkowski.
Po ukończeniu tej szkoły, w 1947 roku wstępuje na Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Łodzi, po roku wraca jednak do Warszawy. Kończy studia na tamtejszej PWST. Jest rozchwytywany. Występuje w Teatrze Polskim, Klasycznym i Teatrze Rozmaitości. Dostaje na ogół epizodyczne, lecz charakterystyczne role w najbardziej znanych produkcjach filmowych czasów PRL. Możemy go podziwiać w „Czterdziestolatku”, „Wojnie domowej” czy serialu „Kolumbowie” (grał rolę granatowego policjanta).
Wystepuje też w filmach: „Ewa chce spać”, „Baza ludzi umarłych”, „Pan Anatol szuka miliona”, „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa”, „Sublokator”, „Gdziekolwiek jesteś, panie prezydencie” czy „Hallo Szpicbródka”.
Przez cały okres powojenny prawie nikt nie wie o tym, że jest Żydem, że wielokrotnie otarł się o śmierć i że naprawdę nazywa się Esriel Leimsieder. Polska zna go pod nazwiskiem Edward Wichura. Pod tym też nazwiskiem jest pochowany na warszawskich Powązkach. Zmarł 4 czerwca 2006 w Warszawie.
Pamiętajmy!
Przemyśl, gdzie Leimsieder urodził się w 1925 roku i gdzie spędził pierwsze 20 lat życia, praktycznie nie pamięta już o barwnej, mocno rozpoznawalnej w powojennym świecie filmu i teatru postaci. Szkoda, bo chyba warto byłoby czasem wspomnieć Esriela Leimsiedera vel Edwarda Wichura oraz całą, nieistniejącą dziś już niemal społeczność przemyskich Żydów…
Andrzej Orzechowski




