W nocy z 6 na 7 stycznia 1946 roku Bircza broniła się przed atakiem UPA. W sobotni wieczór w tej miejscowości odbyła się rekonstrukcja historyczna tej bitwy. Co zdarzyło się 80 lat temu, jaki jest kontekst tej ważnej, mało znanej lokalnej historii?
Tekst: Andrzej Orzechowski
W styczniu 1946 roku Bircza była najważniejszą polską twierdzą na Pogórzu Przemyskim, niemal całkowicie opanowanym wówczas przez UPA. W latach 1945-46 Ukraińcy mieli tam swoją… Republikę Powstańczą, z własną pocztą, szkołą podchorążych. Stolicą Republiki były oddalone zaledwie 10 km od Przemyśla Olszany. Jesienią 1945 r. i w pierwszych miesiącach 1946 r. niemal cały teren Pogórza był kontrolowany przez Ukraińską Powstańczą Armię. Jak do tego doszło?
Miks kulturowy? Nie całkiem
W wioskach Pogórza Przemyskiego już przed II wojną światową Ukraińcy stanowili 80-90% ludności. Można się o tym przekonać, jeżdżąc rowerem po tych, niezamieszkałych w zdecydowanej większości terenach. O „ukraińskości” tych ziem informują tablice z krótką historią nieistniejących wsi, postawione przez Lasy Państwowe.
I tak np. Jamnę Dolną i Jamnę Górną w dolinie rzeki Jamninki, na zachód od Arłamowa, przed II wojną światową zamieszkiwało blisko 2 tys. osób. Spośród nich ledwie 26 osób deklarowało narodowość polską, 24 – żydowską. To 2,5% mieszkańców. Na całym Pogórzu – jak pisze dr Artur Brożyniak, historyk IPN, w pracy poświęconej trzem bitwom o Birczę – jedynie w czterech miejscowościach Polacy przeważali nad ludnością ukraińską.
Jedną z nich była Bircza, gdzie przed wojną ok. 40% mieszkańców chodziło do Kościoła rzymskokatolickiego i czuło się Polakami (drugą największą mniejszością byli tam Żydzi). W sąsiedniej miejscowości, w Starej Birczy, aż do końca II wojny światowej przeważała już jednak ludność ukraińska.
Skąd wzięła się Republika Powstańcza na Pogórzu Przemyskim? Skąd u Ukraińców chęć masowego, zawziętego oporu przeciw władzy ludowej? Dlaczego nawet 16-, 17-letni chłopcy zaciągali się od jesieni 1945 roku do Ukraińskiej Powstańczej Armii, przez Polaków do dziś kojarzonej głównie z ludobójczą czystką etniczną na Wołyniu i w Galicji Wschodniej?
Powszechny opór przeciw przesiedleniom
Głównym powodem był fakt, że ukraińscy mieszkańcy Pogórza Przemyskiego nie chcieli opuszczać terenów, które ich rodziny zamieszkiwały od setek lat. Nie chcieli wyjeżdżać do sowieckiego, stalinowskiego „raju”, czyli do ZSRR. Za dobrze znali ten „raj” – przede wszystkim na skutek największej ich narodowej tragedii w dziejach nowożytnych, czyli z powodu pamięci o Wielkim Głodzie przełomu lat 20. i 30. XX wieku. Tymczasem już we wrześniu 1944 r. rozpoczęły się akcje repatriacyjne.
Najpierw komunistyczne władze zachęcały ludność ukraińską z terenów wschodniej Polski do dobrowolnych wyjazdów. Ale efekt tych apeli, mimo propagandowych tekstów w prasie i materiałów w kronikach filmowych, był znikomy. Dlatego szybko komuniści – realizując wizję Stalina, wizję monoetnicznej Polski – zdecydowali się na przymusowe wysiedlenia ludności do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Polska Ludowa, chcąc zmusić ukraińską ludność do uległości, już wcześniej zresztą przymusowo zamykała cerkwie, szkoły i ośrodki kultury. Przynajmniej na terenach kontrolowanych przez nowe władze. To budziło wściekłość i naturalny opór rdzennych mieszkańców tych ziem.
To sprawiło także, że od 1945 roku zmieniał się charakter UPA. Nacjonalistyczna organizacja dążąca do budowy jednolitego etnicznie państwa ukraińskiego jeszcze w 1943 roku była przez większość Ukraińców traktowana z dystansem. Po przejściu frontu i nastaniu sowieckich porządków UPA była jednak jedyną organizacją oporu wobec komunistów. Dlatego szybko stawała się formacją masową.
Mieszkańcy ukraińskich wsi, którzy wcześniej często traktowali żołnierzy UPA jak uzbrojonych intruzów, wymuszających żywność i destabilizujących codzienne życie wsi w imię abstrakcyjnych haseł narodowych, sami zaczęli wysyłać swoich synów do UPA. Pełni nadziei, że to jedyny ratunek przed przesiedleniami, wywłaszczeniami, terrorem NKWD i innymi „dobrodziejstwami” aparatu sowieckiego państwa.
Ukraińska wojna domowa
Ukraińcy za dobrze wiedzieli bowiem, co znaczy żyć pod butem Stalina. Nie tylko ze względu na to, że w latach 1939-41, przez blisko 21 miesięcy, tereny na wschód od Sanu znajdowały się w granicach ZSRR. Kościół grekokatolicki, nauczyciele, działacze społeczni już wcześniej dostarczali miejscowej ludności wiedzę, że na przełomie lat 20. i 30. kilka milionów Ukraińców w Związku Radzieckim zmarło z powodu głodu – ludobójczej akcji wynikającej z fatalnie przeprowadzonej, przymusowej kolektywizacji wsi (wywłaszczania ludzi z ich majątków, tworzenia kołchozów).
Dlatego opór tego narodu przeciw władzy sowieckiej przybrał… monstrualne rozmiary – zarówno w całej Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, jak i na wschodnich krańcach PRL. Według Grzegorza Rossolińskiego-Liebe w USRR w latach 1944-50 trwała wojna domowa. Pamiętający „sowiecki raj” ludzie masowo wstępowali do UPA, a władza sowiecka krwawo się z nimi rozprawiała…
Według danych przytaczanych przez autora mocno krytycznej biografii Bandery, Sowieci zamordowali 153 tys. ludzi zaangażowanych w opór przeciw władzy ludowej (głównie związanych z OUN-UPA), przetrzymywali w więzieniach 134 tys., a w głąb Związku Radzieckiego deportowali 203 tys. ludzi. Skala oporu i skala represji Sowietów wobec walczących z komunistyczną władzą była zupełnie nieporównywalna, mniej więcej 10-krotnie większa niż skala oporu Polaków przeciw rządowi PKWN w Lublinie a następnie komunistycznym władzom w Warszawie.
UPA opanowuje Pogórze
Zamieszkane głównie przez Ukraińców Pogórze Przemyskie (podobnie jak Bieszczady oraz wiele terenów na wschód od Sanu) było naturalną częścią tego powszechnego oporu. UPA na tych terenach – tak jak i polscy żołnierze wyklęci – wierzyła w zmianę porządku ustalonego w Jałcie, choćby za sprawą konfliktu sowiecko-amerykańskiego. Wierzyła w zmianę granic i w niepodległe państwo ukraińskie, obejmujące także etnicznie ukraińskie ziemie Pogórza Przemyskiego i Bieszczad. Latem 1945 roku, gdy zaczęły się wysiedlenia do ZSRR, zaczęła jeszcze naturalnie rosnąć w siłę.
Ukraińska Powstańcza Armia dążyła więc do opanowania całych Bieszczad i położonych wyżej terenów na wschód od Sanu, czyli m.in. całego Pogórza Przemyskiego. Szybko zdobyła zresztą kontrolę nad zdecydowaną większością tych ziem. Jedynym silnym ośrodkiem władzy ludowej na Pogórzu Przemyskim, punktem koncentracji polskiego wojska, była „Twierdza Bircza”. To tam stacjonowało najwięcej żołnierzy Wojska Polskiego – formacji biorącej też udział w przymusowych repatriacjach ukraińskich mieszkańców wschodniej części Podkarpacia i Lubelszczyzny do ZSRR, a następnie w tłumieniu oporu UPA i w czystkach etnicznych dokonywanych na ludności ukraińskiej.
Pierwsze walki UPA o Birczę miały miejsce 22 października 1945 roku. Były skazane na niepowodzenie, bo „siły polskie należy szacować
na ok. 650 żołnierzy, 140 milicjantów i 60 członków samoobrony” – pisał w pracy poświęconej trzem próbom zdobycia Birczy przez UPA Artur Brożyniak, historyk IPN. Straty polskich oddziałów były jednak poważne – zginęło m.in. 15 żołnierzy z 28 pułku piechoty i 9. Dywizji Piechoty.
Exodus ludności cywilnej
Po pierwszym ataku UPA na Birczę kolejna grupa polskich mieszkańców opuściła tę miejscowość i pod eskortą wojska udała się do Przemyśla. Dla wszystkich (szczególnie dla wojskowych) stało się jasne, że miejscowość jest strategicznym punktem walk na Pogórzu Przemyskim. Wojsko potrzebowało domów. Wykorzystując strach przed UPA nie miało przy tym większych problemów z przekonaniem ludności cywilnej do czasowego opuszczenia rodzinnej miejscowości.
Druga próba zdobycia Birczy i opanowania później całego Pogórza Przemyskiego nastąpiła w nocy z 29 na 30 listopada 1945 r. Także zakończyła się niepowodzeniem.
Po odparciu wojsk UPA w Birczy zostało już tak niewielu cywilów, że nawet miejscowy ksiądz rzymskokatolicki (ks. Duda) opuścił parafię. Nie miał już za bardzo dla kogo odprawiać mszy.
Historia trzeciej bitwy o Birczę
W pierwszych dniach stycznia 1946 roku w Birczy stacjonował m.in. batalion 26 pułku piechoty liczący 222 żołnierzy. W czasie trzeciego ataku zarówno batalionem, jak i obroną Birczy dowodził sowiecki oficer narodowości ukraińskiej, kpt. Arsenti Kuźmienko. Stacjonowali tam także żołnierze 28 pułku piechoty, milicjanci, członkowie paramilitarnego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego podległego Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, urzędnicy Komisji Przesiedleńczej…
W trakcie walk na pomoc przybędą jeszcze z Przemyśla żołnierze 30 pułku piechoty, dowodzeni przez innego sowieckiego oficera mjra Teodora Czerkaszyna. Wspomniany oddział to żołnierze piechoty i kawalerii, ok. 230 osób.
Polskich cywilów niezwiązanych z władzą ludową była ledwie garstka. Na obrzeżach wsi, w mniej bezpiecznych, opuszczonych domach, zamieszkali Polacy, którzy uciekli z innych wiosek. Spore siły milicyjne i wojskowe dawały im iluzję bezpieczeństwa. Iluzję, bo to właśnie ci napływowi cywile byli jedynymi, polskimi ofiarami trzeciej bitwy z UPA. Jeden z zamieszkiwanych przez nich domów spłonął, w pożarze zginęło pięcioro Polaków, w tym dwie kobiety i dziecko.
Trzeci napad Ukraińskiej Powstańczej Armii na największy polski garnizon na tych terenach – podobnie jak dwa poprzednie – nie powiódł się. Był źle przygotowany. Na przeprowadzenie akcji naciskało dowództwo okręgu OUN. Rozkaz zdobycia Birczy nie podobał się jednak wielu członkom UPA, dla których było już jasne, że rozbicie najsilniejszego w regionie garnizonu wojsk polskich będzie niezwykle trudne.
Ofiary głównie po stronie ukraińskiej
W trzeciej walce o Birczę nie zginął prawdopodobnie ani jeden żołnierz Wojska Polskiego. Artur Brożyniak w swojej pracy poświęconej napadom UPA na Birczę wspomina jedynie taką historię:
„Około godziny 12.00 [7 stycznia] banderowiec ukryty w żydowskiej łaźni w pobliżu synagogi ostrzelał rannego żołnierza, który szedł do punktu sanitarnego po skończonej walce. Wspomniany doznał bardzo ciężkich ran postrzałowych. Część świadków stwierdziła, że prawdopodobnie z powodu obrażeń wkrótce zmarł”.
Nie ma jednak w dostępnych źródłach żadnych dowodów na to, że wspomniany żołnierz zmarł.
Liczbę zaangażowanych w atak żołnierzy UPA ciężko oszacować. Było ich co najmniej kilkuset. Po stronie ukraińskiej było też wiele ofiar. 28 martwych osób w wieku 17-32 lata Polacy zakopali później w ogrodzie Jana Laszkiewicza, niedaleko starej żydowskiej łaźni.
Po 1990 roku mniejszość ukraińska w Polsce zaczęła starania o ekshumację tych ciał. 2 kwietnia 1995 roku odbyło się nawet gminne zebranie w Birczy, z udziałem zaproszonych przedstawicieli mniejszości ukraińskiej, na którym mieszkańcy mieli wyrazić zgodę na ekshumację i pochowanie zabitych na miejscowym cmentarzu. Nie wyrazili. Z samego zebrania powstał później znakomity, głośny reportaż Lidii Ostałowskiej „Postanowienie”.
Dobici strzałem z bliskiej odległości
Do ekshumacji ciał doszło ostatecznie dopiero w 1999 roku. Badania pod kierunkiem prof. Andrzeja Koli z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika wykazały – na podstawie stanu szkieletów – że część rannych w bitwie została zakatowana na śmierć lub zabita strzałem w głowę oddanym z bliskiej odległości. Ustalono, że oprócz 23 członków UPA grób zawierał również ciała pięciu cywilów, wcześniej więzionych w lokalnym areszcie.
Zdaniem Artura Brożyniaka z IPN wspomniana piątka to byli „przewodnicy z cywilnej siatki, którzy towarzyszyli dowódcom atakujących grup, członkowie ochrony „Konyka” i sztabu przemyskiego kurenia UPA”. Historyk IPN bagatelizuje dobicie rannych żołnierzy i zabicie bez wyroku uwięzionych cywilów:
„Zgodnie z obowiązującym prawem polskim i międzynarodowym nie mieli oni statusu jeńców wojennych, część nosiła polskie mundury, z punktu widzenia prawnego byli terrorystami”.
Sam Instytut Pamięci Narodowej zapłacił za kolejne (już nie tak jednoznaczne) ekspertyzy i umorzył śledztwo w sprawie zbrodni. Najmłodsza z ofiar wykopanych z ogrodu Jana Laszkiewicza miała 17 lat, najstarsza – 32
Wyniki badań pierwszych ekshumacji, jak i fakt pochowania 28 zabitych w ogrodzie jednego z mieszkańców Birczy, przy krzakach porzeczek, to jedne z najbardziej problematycznych elementów tej historii, które na pewno kładą cień na „bohaterską obronę” Birczy.
Żołnierze UPA pochowani w Przemyślu
Warto dodać, że mieszkańcy Birczy ostatecznie ani w 1995 roku, ani później, nie zgodzili się na pochowanie ciał zabitych w ich miejscowości. Choć apelował do nich o to nawet proboszcz rzymskokatolickiej parafii z tej miejscowości, ksiądz Stanisław Misiak. Dlatego też szczątki żołnierzy trafiły do Przemyśla. Pochowano ich na cmentarzu Strzelców Siczowych – żołnierzy Ukraińskiej Armii Ludowej Symona Petlury, internowanych przez władze II RP w obozie w Pikulicach po 1920 roku, zmarłych tam z powodu ciężkich warunków panujących w obozie.
Fakt pochowania w Przemyślu żołnierzy UPA – zabitych w walce bądź rozstrzelanych już po walce – miał swoje kolejne reperkusje. W czerwcu 2016 roku środowiska nacjonalistyczne w Polsce rozpętały histerię, że mniejszość ukraińska czci w Przemyślu żołnierzy UPA. Doprowadziło to do atmosfery pogromowej w mieście i ataku kiboli, a nawet zwykłych mieszkańców, na ukraińską procesję grekokatolicką zmierzającą na cmentarz żołnierzy Ukraińskiej Armii Ludowej.
Do dziś procesję muszą ochraniać liczne siły policji, choć pochowani na cmentarzu Strzelców Siczowych żołnierze UPA nie mieli nic wspólnego (poza nazwą) z czystkami etnicznymi na polskiej ludności na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Ba, sami byli w sporej części ofiarami zbrodni.
Pamięć o lokalnej historii…
Upamiętnienie ataków UPA na Birczę w tym roku nie spotkało się z żadnymi protestami mniejszości ukraińskiej w Polsce. Dlaczego? Bo w tym przypadku upamiętnienie nie jest wcale takie złe – może prowadzić do przywracania pamięci o zapomnianych i niechętnie opowiadanych w regionie wydarzeniach (czego ten tekst niech będzie tylko jednym z przykładów).
To, co działo się na Pogórzu Przemyskim czy w Bieszczadach w latach 1945-1947 nie jest bowiem szerzej znane mieszkańcom Polski i Podkarpacia. Zarówno fakt, że Pogórze Przemyskie w 80-90% było zamieszkane przez ludność ukraińską, jak i historia powszechnego oporu ukraińskiej ludności przeciw wysiedleniom do ZSRR, przeciw komunistycznej władzy, a następnie historia potwornych represji tej ludności, jest w Przemyślu i w regionie tak skrywana i tak niechętnie odkopywana jak 28 ciał z ogrodu Jana Laszkiewicza w Birczy.
Rekonstrukcje mogą przywracać pamięć o tej zapomnianej historii lokalnej. W tym przypadku – warto ją przypominać, bo dotąd słyszeliśmy na ogół dość jednostronną narrację. Stąd przeciętny mieszkaniec regionu nie ma pojęcia o tym, że we wzajemnych, polsko-ukraińskich czystkach etnicznych, na terenach dzisiejszej Polski zginęło więcej Ukraińców niż Polaków (szacuje się, że ok. 8-10 tysięcy cywilów narodowości ukraińskiej). Nie słyszy też, że sprawcami rzezi były zarówno oddziały poakowskie (do największej zbrodni doszło w Pawłokomie koło Dynowa, gdzie w dniach 1-3 marca 1945 roku oddział Józefa Bissa „Wacława” wymordował 375 ukraińskich mieszkańców wsi), jak i regularne, będące na żołdzie komunistycznego państwa oddziały Wojska Polskiego.
Na terenach wschodniego Podkarpacia doszło do wielu czystek etnicznych na Ukraińcach dokonanych przez Wojsko Polskie – za kilka dni np., 25 stycznia przypada 80. rocznica zbrodni w Zawadce Morochowskiej, gdzie żołnierze 34 pułku piechoty wymordowali 62 osoby, głównie kobiety, starców i dzieci. „Byli wśród nas i tacy, którzy rozkoszowali się tą rzezią. Zabijali dzieci, wykłuwali im oczy i wycinali kobietom piersi” – zeznawał jeden ze sprawców. W lipcu tego roku będzie 80. rocznica rzezi w Terce, gdzie w podpalonej przez wojsko stodole spłonęło ponad 30 osób – kobiet, starców i dzieci.
…i lokalna amnezja
To historie zupełnie nieznane, bo lokalne instytucje (szkoły, uczelnie, IPN – Oddział w Rzeszowie) zupełnie nie popularyzują oporu Ukraińców przeciw komunistom, przeciw wysiedleniom do sowieckiego „raju”. Nie wspominają o represjach, jakie spadły wskutek tego na ludność ukraińską. Zbrodnia komunistyczna jest zła, gdy dotyczy Polaków. Przedstawianie historii Ukraińców na ziemiach polskich jako ciągu dalszego „rzezi UPA”, niemal jako integralnej części historii Wołynia, to totalny bezsens. Poza szyldem („UPA”) nic tych historii nie łączy.
Polskie Instytucje idą nawet dalej. Powszechnie wypierają wielowiekową obecność Ukraińców – kiedyś zwanych ludnością ruską – na naszych terenach. Można się o tym przekonać choćby odwiedzając… przemyski magistrat:

Na parterze, na ścianie, widzimy tam znaną, piękną grafikę przedstawiającą XVII-wieczny Przemyśl, w której jednak oryginalny napis: „PREMISLIA CELEBRIS RUSSIAE CIVITAS” zastąpiono – ku radości środowisk narodowych – napisem „PREMISLIA LIBERA REGIA CIVITAS”. Niepoprawnie jest zauważać, że Przemyśl w tym czasie – w XVII i w XVIII wieku – znajdował się w województwie ruskim…
Pamięć a upamiętnienie
Sposób, w jaki w Przemyślu i w regionie wymazuje się pamięć o ukraińskich traumach okresu powojennego (mordach dokonanych przez oddziały poakowskie, Bataliony Chłopskie, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, repatriacjach, rzeziach dokonywanych przez oddziały Wojska Polskiego czy wreszcie brutalnie przeprowadzonej akcji Wisła) przypomina nieco sposób, w jaki Polska i Europa zapomniała o… homoseksualnych ofiarach nazistów.
Dopiero w ostatnich latach powstają prace na ten temat (np. „Oni. Homoseksualiści w czasie II wojny światowej”). Ich autorzy – dr Joanna Ostrowska i Piotr Chruścielski dokładnie analizują też kwestię pamięci o tych ofiarach. Chruścielski rozważa m.in. różnicę między „pamięcią” a „upamiętnianiem”:
[Upamiętnianie] jest koturnowe i patetyczne, wykluczające tych, których życiorysy nie wpisują się we wzniosłe narracje. Nie dziwi zatem opór przed „upamiętnianiem” tych, którzy bohaterami nie byli. Odejście od „upamiętniania” na rzecz „pamiętania” pozwoliłoby, moim zdaniem, na dużo bardziej rzeczową dyskusję.
Niech ta refleksja będzie puentą tej historycznej opowieści o rekonstrukcji w Birczy i o tych ofiarach, które nie mieszczą się w wygodnych, dominujących dziś narracjach o naszej lokalnej historii. Ale jest jeszcze jeden temat, który w tym historycznym mini-eseju chciałbym przy okazji poruszyć.
Inna perspektywa
Pamięć o niuansach lokalnej historii jest ważna. Ale jeszcze ważniejszy dziś wydaje się jej szerszy kontekst, znajomość historii naszych sąsiadów. Działalność rosyjskich farm trolli skutecznie buduje bowiem mur między Polakami a Ukraińcami. Tylko elementarna, rzetelna wiedza o historii Ukrainy może sprawić, że ten mur zacznie się kruszyć i że będziemy w stanie się wzajemnie zrozumieć.
Dziś słowo UPA to straszak, symbol ludobójstwa, zbrodni. To także paliwo dla Rosji, konsekwentnie – już od czasów Stalina – pracującej na budowanie podziałów między Polakami i Ukraińcami. To wreszcie paliwo dla skrajnie prawicowych sił, napędzające w Polsce podobny wzrost nacjonalizmów, który już doprowadził – w latach 1943-1947 – do tragedii ludobójstwa i wzajemnych czystek etnicznych, do nieprzepracowanych aż do dzisiejszego dnia traum ludności zamieszkującej tereny nad Sanem. Skrót UPA służy dziś rosyjskiej propagandzie do budowania nieufności i psucia wzajemnych relacji między naszymi narodami i trafia – właśnie za sprawą tych traum – na bardzo podatny grunt
Nie raz dawałem publicznie wyraz temu, że wkurza mnie zarówno kult żołnierzy wyklętych w Polsce, jak i kult UPA na Ukrainie. Ale… mimo wszystko wydaje mi się, że – nawet jeśli tych nacjonalistycznych formacji nie lubimy, to jednak można – przy odrobinie dobrej woli – ten nurt polityki historycznej zrozumieć. Dlatego m.in. przypominam w tym tekście skalę sowieckich represji wobec UPA.
To ok. 200 tys. ofiar śmiertelnych (przypomnę: 134 tys. w USSR, kolejnych kilkadziesiąt tysięcy to inni członkowie OUN-UPA zmarli np. wskutek warunków życia w więzieniach, łagrach, gułagach w centralnej i wschodniej części ZSRR). A więc ogromna cena, jaką płacono za walkę z totalitarną, stalinowską władzą. Ukraińską, narodową traumę po tej skali represji i zbrodni lat 1945-1950 można porównać chyba jedynie do traumy po zdławieniu Powstania Warszawskiego i zrównaniu z ziemią Warszawy.
Polska (i Ukraina) Chrystusem narodów
Kult Powstania Warszawskiego w Polsce, tak jak i kult UPA na Ukrainie, to przede wszystkim kult cierpienia (tyle, że tu z rąk hitlerowskiej, a tam stalinowskiej władzy). W obliczu tak wielkiej ofiary i takiej skali cierpienia, wszystkie pytania i wątpliwości zawsze schodzą na dalszy plan. Zresztą sami o tym powinniśmy doskonale wiedzieć. Bo czy sami też nie czcimy stalinowskich ofiar, zapominając o ofiarach niepodległościowych formacji, które hołubimy?
Czy my, Polacy – oddając hołd kilkunastu tysiącom żołnierzy wyklętych – pamiętamy np. o ponad pięciu tysiącach ofiar cywilnych polskiego podziemia niepodległościowego po II wojnie światowej? Część z nas oczywiście przypomina o morderczych rajdach „Burego” czy „Ognia”, o zbrodniach w Pawłokomie, w Piskorowicach, w Wierzchosławicach – o tragicznych wydarzeniach, którymi ofiarami były mniejszości narodowe.
Prawie nikt już jednak nie pamięta o polskich ofiarach – zwykłych ludziach, którzy zostali zabici w trakcie napadów rabunkowych (żołnierze wyklęci nie byli na żołdzie państwa, z czegoś musieli żyć), czy też o zabitych działaczach ludowych, którzy ośmielili się przeprowadzać reformę rolną i dzielić ziemię „panów”? Cel wyższy – niepodległość, opór przeciw komunistycznej władzy – usprawiedliwia dziś wszystko.
Gdy Sejm głosował nad ustanowieniem 1 marca Narodowym Dniem Żołnierzy Wyklętych, nikt nie zauważył, że przecież 1 marca to rocznica największej zbrodni żołnierzy wyklętych (poakowskich oddziałów „Wacława”) w Pawłokomie, nikt nie zwrócił uwagi na wrażliwą dla Ukraińców datę. Przeciw ustanowieniu tego święta głosowało jedynie trzech najbardziej oczytanych posłów (m.in. nieżyjący już reżyser Kazimierz Kutz). Reszta nie bawiła się w niuanse, bo też – tak jak na Ukrainie – liczyło się przede wszystkim cierpienie z rąk totalitarnej, komunistycznej władzy
Polityka historyczna > historia
Równie ważny był przy tym pożytek z nowego kultu i nowego święta dla bieżącej polityki historycznej. Jak budować poparcie polityczne dla swojej formacji? Jak odpowiedzieć na coraz większe zagrożenie ze strony Rosji i Putina, starego KaGieBisty, przywracającego w Rosji pomniki Stalina? Jak zmobilizować w tej sytuacji naród do poświęceń – do większych wydatków na armię, do szkoleń wojskowych a w przyszłości walki o ojczyznę z rosyjskim najeźdźcą? Najlepiej przypomnieć po prostu ofiary Rosji, dokładniej -sowieckiego aparatu państwa, a także narodowych bohaterów walki z komunistami. Pielęgnowanie pamięci o skali stalinowskich represji (od deportacji na Sybir, po katownie UB/NKWD i więzienia lat 1944-1953) właśnie temu służy.
Ukraina w praktyce kopiuje więc naszą politykę historyczną. Tyle, że tam mówimy o znacznie większej skali zbrodni i cierpienia, które te zbrodnie unieważnia. W Polsce pamięć o ponad pięciu tysiącach ofiar zniknęła wobec cierpienia kilkunastu tysięcy żołnierzy wyklętych. Na Ukrainie pamięć o stu tysiącach ofiar UPA ginie wobec śmierci blisko dwustu tysięcy żołnierzy UPA i działaczy OUN oraz cierpień kolejnych trzystu tysięcy, którzy byli więzieni, prześladowani lecz przeżyli sowieckie represje.
Ten sam wróg na wschodzie
Stepana Banderę śmiertelnie otruł cyjankiem, w 1959 roku w Monachium, agent KGB. Roman Szuchewycz zmarł w czerwcu 1950 r. Nawet nie wiadomo do końca jak – może wskutek morderstwa, może fatalnych warunków uwięzienia w sowieckim łagrze (są różne wersje). Pomniki Bandery i Szuchewycza na Ukrainie to też więc – przede wszystkim – forma pielęgnowania cierpienia i ukraińskiej pamięci o zbrodniczym charakterze sowieckiej władzy, a nie chęć igrania na nosie Polakom.
Analogie znajdziemy nawet w Przemyślu. Upamiętnienie (poprzez nadanie imienia ulicy) postaci endeckiego działacza i publicysty, Włodzimierza Bilana, jest hołdem dla jego cierpienia i śmierci w stalinowskim więzieniu. Nie jest wymierzone w Żydów, bo nie jest też – mam przynajmniej taką nadzieję – gloryfikacją jego wściekle antysemickiej twórczości, której nie powstydziłby się Adolf Hitler (patrz: teksty publikowanej w periodyku „Ziemia Przemyska” w drugiej połowie lat trzydziestych XX w., można je znaleźć na stronach Podkarpackiej Biblioteki Cyfrowej).
Wolałbym oczywiście, by zarówno kultu żołnierzy wyklętych w Polsce, jak i kultu UPA na Ukrainie nie było. Ulica Bilana w Przemyślu, moim zdaniem, też powinna zniknąć. Mamy bowiem wielu innych, mniej obciążonych swoimi chorymi, nacjonalistycznymi poglądami postaci. Wiem także, że i tu, i tam, każde z tych upamiętnień może być – choć nie musi – paliwem dla skrajnej prawicy. Ale mimo wszystko staram się rozumieć, że taka polityka historyczna, szczególnie w obliczu wojny bądź zagrożenia ze Wschodu, może mieć pierwszeństwo.
Gdy zagraża nam dziki wschód, putinowska Rosja, pielęgnujemy cierpienie z rąk tegoż dzikiego wschodu. To czysty pragmatyzm, w którym niestety nie ma już miejsca na niuanse, w tym na fakt, że wśród bohaterów mamy też pospolitych bandytów i morderców lubujących się w czystkach etnicznych. Cele są bowiem zupełnie inne niż prawda historyczna, która jak zwykle – nie tylko w dziejach Polski i Ukrainy – na ogół po prostu przegrywa z polityką historyczną.
Andrzej Orzechowski
PS. A – wracając do historii wschodniej części Podkarpacia – jeśli chcecie ją jeszcze lepiej poznać i zrozumieć, dowiedzieć się jak nieprzepracowane traumy mieszkańców z terenów leżących wokół Sanu (i Polaków i Ukraińców) ciążą nam do dziś, polecamy Wam ostatnią część podcastu „Pamięć Pogranicza” z bardzo ciekawą perspektywą spojrzenia na historię Grażyny Bochenek, autorki książki „San. Rzeka, która łączy. Rzeka, która dzieli”:






dziękuję za ten tekst , opisany tu kontekst pozwala zrozumieć czemu ludzie , którzy w wielu miejscowościach zgodnie razem przez lata współżyli , znaleźli się po dwóch stronach barykady i czemu w 1946 nieraz do siebie strzelali. znam taką historię z okolic Dynowa : jeden z chłopców w AK , później wstępuje do Milicji Obywatelskiej -dla własnego bezpieczeństwa bo to dawało nadzieję zołnierzom podziemia ze nie pójdą siedzieć a często mieli sporo za uszami….. jego kolega z wioski wstępuje do UPA. w 1946 ten pierwszy spotyka drugiego gdzieś na patrolu w lasach pogórza i tylko to że się znali temu drugiemu z UPA ratuje życie , przerażające czasy