– Chcemy zapewnić mieszkańcom równy i wygodny dostęp do miasta, dlatego gmina wiejska Przemyśl od 1 stycznia przechodzi w pełni na autobusy MZK – mówi nam Agnieszka Skowronek, zastępca wójta gminy. To decyzja kosztowna, ale – jak podkreśla nasza rozmówczyni – konieczna, by odpowiadać na realne potrzeby mieszkańców.
Rozmowa z Agnieszką Skowronek, zastępcą wójta gminy wiejskiej Przemyśl:
– Nasz raport o stanie komunikacji publicznej stawia gminę wiejską w dobrym świetle. Wynika z niego, że najbardziej poważnie podchodzicie do kwestii swojego ustawowego obowiązku, jakim jest zapewnienie publicznego transportu zbiorowego mieszkańcom gminy.
– Tak, bo to nie tyle kwestia ustawowych obowiązków, ale też, zwyczajnie, zaspokajania potrzeb naszych mieszkańców. Wiadomo, że spora część z nich korzysta z własnego transportu, jest jednak również cała masa osób, które z takiego transportu nie będą korzystać. Są to przede wszystkim uczniowie, którzy uczęszczają do szkół na terenie Przemyśla. Nie mają wyboru, bo na terenie naszej gminy nie ma szkół ponadpodstawowych. To jest dla mnie bardzo istotne źródło potrzeb, które musimy zabezpieczyć. No i oczywiście osoby starsze. Musimy mieć z tyłu głowy, że nawet jeśli ktoś kiedyś miał samochód, albo nawet jeśli w domu jest sześć aut, to seniorzy nie zawsze czują się na siłach by jeździć po mieście. Zwłaszcza, że Przemyśl nie jest łatwym miastem do poruszania się samochodem. Dlatego ta komunikacja publiczna jest tak istotna.
– Jako gmina „obwarzankowa” macie podwójny problem. Z jednej strony musicie organizować transport z Ostrowa czy Kuńkowiec do Przemyśla. Z drugiej strony – także z przeciwległych krańców gminy, czyli Nehrybki, Hermanowic czy Witoszyniec.
– Tak, i póki co mamy tu dość zróżnicowaną sytuację mieszkańców. Ostrów i okolice korzystają z tzw. czerwonych autobusów, czyli z przewozów Miejskiego Zakładu Komunikacji w Przemyślu – i to działa dobrze. Natomiast w drugiej części gminy komunikację zapewnia prywatny przewoźnik – ten, który wygrywa przetarg. Jeśli spojrzymy na to z perspektywy mieszkańców, to ci, którzy mają czerwone autobusy, są zdecydowanie lepiej skomunikowani. I nawet nie chodzi tu o godziny odjazdów, czy tego typu kwestie, tylko o samo poruszanie się po mieście. Prywatni przedsiębiorcy mogą korzystać tylko z niektórych przystanków. Od 1 stycznia będzie dostępny tylko jeden z nich.
– Tak to teraz wygląda?
– Oczywiście, prywatne busy nie mogą korzystać z większości przystanków w mieście. Zgodę mógłby wydać prezydent Przemyśla, ale on może przecież powiedzieć: „Mam swoich przedsiębiorców, mam swoje MZK i ono musi zarabiać, muszę dbać o jego interesy”. I my to oczywiście rozumiemy. Nie mamy przy tym możliwości nacisku, by zwiększyć liczbę przystanków dostępnych dla przewoźników prywatnych.
– To poważny argument za tym, żeby wybierać jednak usługi MZK?
– Takie jest też oczekiwanie naszych mieszkańców, którzy chcą równego traktowania obu części gminy. Bo jeśli ktoś wsiada w autobus w Ostrowie i może wysiąść na każdym przystanku, to dlaczego osoba z drugiej strony gminy – płacąc podobną cenę za bilet, także dotowany przez gminę – nie ma takiej możliwości? To spory problem, dlatego wracamy do porozumienia z miastem i od 1 stycznia cała gmina będzie obsługiwana przez MZK. Chcemy, by mieszkańcy mogli wysiadać tam, gdzie im wygodnie. By nie musieli przesiadać się z busa na autobus miejski chcąc dotrzeć do celu.
– Ale w ostatnich latach liczba kursów MZK była jednak ograniczana. Widać to choćby w Ostrowie. Do przystanku Ostrów Bloki jest 4–5 kursów dziennie, w stronę Kuńkowiec już nieco lepiej, 8-9 kursów. W ostatniej dekadzie zniknęły natomiast kursy do Bełwina, Nehrybki czy Stanisławczyka...
– W ostatnich pięciu latach faktycznie zlikwidowaliśmy dwa połączenia. Rozmawiałam o tym z panią Skarbnik Gminy. Poprzedni wójt osobiście sprawdzał poziom obłożenia tych kursów. Wyszło, że korzystają z nich pojedyncze osoby. W związku z tym te dwie linie po prostu się nie spinały. Teraz już jednak trudno mówić, że „zwijamy” transport publiczny. Staramy się, by mieszkańcy byli zadowoleni, by mieli dostęp do miasta, do szkół, służby zdrowia, ZUS-u, sklepów – wszystkiego, czego potrzebują. Powrót do połączeń MZK w południowo-wschodniej części gminy będzie dla nas znaczącym wydatkiem. Miejskiemu Zakładowi Komunikacji już teraz płacimy 970 tys. zł rocznie. Prywatny przewoźnik, który obsługiwał drugą część gminy, mógł liczyć na 605 tys. zł dotacji, z czego 340 tys. to środki z Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych. One tylko przepływają przez nasze konto, lecz de facto zmniejszają koszty gminy. MZK jest droższym przewoźnikiem więc z naszego punktu widzenia będzie drożej. Mieszkańcy oczekują jednak, by cała gmina była obsługiwana przez czerwone autobusy. Od 1 stycznia zapewne tak się stanie.
– To dobra wiadomość, bo do gminy Żurawica czy do gminy Krasiczyn, no może poza znajdującymi się tuż przy granicy Przemyśla Prałkowcami, czerwonymi autobusami nie dojedziemy.
– Tak długo, jak będzie nas na to stać, będziemy wychodzić naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców i współpracować z miastem, z MZK. Chcemy, by mieszkańcy dostali najlepszą, możliwą komunikację, jaką jesteśmy w stanie zapewnić. Z jednej strony zapłacimy więc więcej, z drugiej podróż do miasta będzie bardziej komfortowa, zaś osoby powyżej 70. roku życia, które mieszkają na terenie gminy wiejskiej Przemyśl, będą mieć darmowe przejazdy MZK. Choć my oczywiście będziemy je finansować.
– Wasz przykład pokazuje, że to w dużym stopniu kwestia odpowiednich decyzji, woli mieszkańców i władz gminy.
– Tak, to nie jest kwestia tego, czy przewoźnik jest tańszy czy nie, tylko kwestia tego czy daną gminę stać na szerszy zakres usług oferowany przez MZK, czy też nie. No i też kwestia priorytetów. Poprzednie władze naszej gminy zrezygnowały z części takich dojazdów ze względu na koszty. My do połączeń MZK w całej gminie wracamy. Myślę, że każda gmina musi przeanalizować swój budżet i zobaczyć, na co jest w stanie wydawać pieniądze, ustalić priorytety i zadać sobie pytanie, czy ją na to stać.
– Istotny może tu być również nacisk samych mieszkańców, ich świadomość tego, że to władze gminy wybierają, czy mieszkańcy będą mogli wysiadać na dowolnym przystanku w mieście, czy będą mieć nowoczesny, komfortowy autobus z obniżonym podwoziem… Zapytam jeszcze o strategię Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych dla Miejskiego Obszaru Funkcjonalnego Przemyśl. Są w niej informacje o tym, że w powiecie przemyskim zarejestrowane są średnio 782 auta na 1000 mieszkańców. W całym województwie – średnio 634 auta. To kwestia wieloletnich zaniedbań gmin w powiecie przemyskim, w zakresie transportu publicznego? Czy może kwestia mentalności mieszkańców, ciągle żywego prawdopodobnie przekonania, że auto jest jakimś symbolem zamożności?
– Myślę, że to jest tak: gdy ktoś zaczął już jeździć samochodem, to ciężko mu później przerzucić się na komunikację publiczną, rower czy spacer… To kwestia wygody. Ludzie przyzwyczaili się do tego, że mają samochód, że mogą podjechać pod każdy sklep. Po drugie, miasto ma dość wąskie arterie komunikacyjne. Nie mamy tu takich możliwości, jakie ma Rzeszów, czyli że np. wydzielimy w Przemyślu osobne buspasy. Mówiąc wprost – bez względu na to, czy pojadę samochodem, czy autobusem i tak będę stać w korku. Nie ma tu żadnej wartości dodanej. Dlatego z transportu publicznego korzystają głównie ci, którzy muszą – uczniowie, seniorzy, osoby które nie mają prawa jazdy czy z innych powodów nie mogą prowadzić samochodu. Nie przekonuje on do siebie innych mieszkańców.
– Jaki więc może być sposób na korki w mieście? Może rozładowałaby je poprawa infrastruktury rowerowej?
– Tu też jestem sceptyczna. Nasze stare, pięknie położone miasto ma tę wadę, że nie tylko trudno wydzielić – na tych arteriach, które mamy – buspasy, ale także trudno o bezpieczne drogi dla rowerów. Szczególnie na wąskich gardłach, jakimi są mosty…
– Fakt, mamy ostatnio przykład, jak trudno tu pogodzić różne interesy – żywą dyskusję po oddaniu do użytku ciągów pieszo-rowerowych na moście im. Ryszarda Siwca.
– No niestety, jazda po tak wąskich arteriach jest niekomfortowa. Nie wiem czy kiedykolwiek uda się wypracować takie rozwiązania, które zadowolą wszystkich, które zachęcą większą liczbę osób do poruszania się rowerami. Tu oczywiście jest też pewna bariera mentalna. Podam przykład: w mojej rodzinie jest takie starsze małżeństwo. Obydwoje mają rowery elektryczne, które zresztą dziś – ze względu na spadek cen – są coraz bardziej dostępne. I ja się śmieje, że jak oni jadą do pracy, to nawet im do głowy nie przyjdzie, żeby wsiąść na rower elektryczny. A jak jadą w sobotę, to potrafią mi wysłać zdjęcie licznika, że zrobili 100 km. Do pracy mają ok. 5 km… Do głowy im nie przychodzi, że rower może być też środkiem transportu, mogącym zastępować im samochód, a nie tylko środkiem rekreacji.
– W Wielkiej Brytanii mnóstwo instytucji i firm zachęca do dojazdów do pracy rowerem, na przykład poprzez dopłaty do pensji pracowników lub do ich stawki godzinowej. Bywa że to 2%, czasem 5% więcej pieniędzy na koncie, bywa też że firma rozdaje zegarki Apple i pracownik – jeśli tylko urządzenie zarejestruje określoną liczbę kilometrów w tygodniu lub w miesiącu – nie musi tego gadżetu spłacać. To skutkuje nie tylko czystszym powietrzem w miastach, większą liczbą miejsc parkingowych dla klientów firm, mniejszymi korkami, ale też lepszą zdrowotnością ludzi. Fakt, że takie rozwiązania – mimo rozwoju sieci dróg rowerowych w miastach – jeszcze do Polski właściwie nie dotarły, też jest chyba dowodem na tę barierę mentalną. Może samorządy mogły być dać dobry przykład i wprowadzać takie rozwiązania?
– Obawiam się, że obecne regulacje i przepisy prawne na to nie pozwalają…
– To wróćmy jeszcze do naszej lokalnej rzeczywistości i wykluczenia transportowego… Na organizowanym przez stowarzyszenie Ruch PRO październikowym Hyde Parku pojawiły się spore narzekania na skomunikowanie okolicznych gmin z Przemyślem. Podnoszono m.in. fakt, że o ile autobusy pozwalają dojechać do szkoły czy do pracy, to już na zajęcia pozalekcyjne, edukacyjne, sportowe czy kulturalne organizowane w Przemyślu, dojechać busami czy autobusami jest niezmiernie trudno… Pojawiają się więc opinie, że istnieje pewien rodzaj wykluczenia młodzieży, szczególnie z terenów wiejskich, jeśli chodzi o korzystanie z tej oferty. Może on zresztą powodować pewne problemy – znudzona młodzież częściej sięga po używki, sprawia więcej problemów. To również mogą być społeczne koszty wykluczenia komunikacyjnego, których chyba nie bierzemy pod uwagę?
– Mam jednak wrażenie, że dziś – jeśli chodzi o ofertę zajęć dla młodzieży – mamy chyba większą podaż niż popyt. Oczywiście jako gmina nie mamy takiego wachlarza ofert zagospodarowania wolnego czasu, jaki oferuje Przemyśl i nigdy mieć nie będziemy. To zupełnie naturalne – żadna gmina wiejska nie będzie w stanie zaoferować swoim mieszkańcom choćby zbliżonej oferty do tej, jaką oferuje miasto. To kwestia i kadr, i potencjalnie większej liczby uczestników zajęć, i zaplecza organizacyjnego. Natomiast wydaje mi się, że to nie jest tak, że w gminie wiejskiej nie ma co robić. U nas cały czas coś się dzieje. Fajne jest to, że na terenie gminy mamy ludzi, mamy stowarzyszenia, które stworzyły różnorodną ofertę dla młodzieży. Oczywiście my z tymi stowarzyszeniami współpracujemy. Wspieramy osoby, które tu mieszkają i którym chce się coś organizować. Mam jednak wrażenie, że trudno jest im znaleźć chętnych na jakąś aktywność, więc nie wiem czy młodzież tak chętnie garnęłaby się na dodatkowe zajęcia w mieście.
Ale oczywiście wsłuchujemy się w głosy mieszkańców. Jeśli okaże się, że istnieje potrzeba korzystania z komunikacji w innych terminach niż te, które proponujemy, to jesteśmy otwarci, by to wszystko sprawdzić i negocjować nowe godziny kursów. Staramy się też, by u nas na miejscu coś się działo. Chcielibyśmy, by młodzi ludzie nie jeździli tam i z powrotem, choć i tak już jeżdżą. Przytoczę jeszcze anegdotę z życia prywatnego. Moje córki są już dorosłe, ale pamiętam, że gdy były w liceum, to na zajęcia pozalekcyjne jeździły poza Przemyśl, bo nauczyciele, którzy dawali korepetycje, mieszkali akurat poza miastem. Zawoziłem je więc z Przemyśla w stronę Ostrowa czy Buszkowic, w tamte rejony.
– Woziła pani córki samochodem?
– Oczywiście…
– W praktyce podobnie wygląda to też w samym mieście. Pytałem jednego z instruktorów w Młodzieżowym Domu Kultury, jak jest z dowożeniem dzieci na zajęcia do nich… Gdy była ulewa i zapytał on swoich podopiecznych, kto chce zostać dłużej i przeczekać deszcz, okazało się, że zdecydowana większość uczestników wraca samochodem, z rodzicami, którzy już czekają na nich nad Sanem. Dwie osoby miały blisko i zamierzały wracać pieszo, więc przeczekały deszcz. Tylko jedna z blisko 20 osób wybierała się na autobus…
– Tak to dokładnie wygląda. Opowiem Panu jeszcze jedną anegdotę. Moja mama przeprowadziła się na wieś. Samochód jest, jest OK! Ale miała koleżankę, która nigdy nie zrobiła prawa jazdy. Było w jej domu auto, ale sąsiadka jest już po siedemdziesiątce, więc raczej prawa jazdy nie zrobi. Jeździła taksówką lub syn ją podwoził. Aż pewnego razu mama jedzie samochodem, patrzy, a jej koleżanka wyjeżdża pod sporą górkę rowerem. Mówi mi: „Byłam w szoku, że ona jeszcze taką siłę w nogach ma”. Okazało się jednak, że jej dzieci, wiedząc, że mama nie ma czym się dostać w różne miejsca, kupili jej rower elektryczny. Trudno ustawić dogodną siatkę połączeń, szczególnie na słabiej zaludnionych terenach gminy. Może więc jakimś rozwiązaniem naszych codziennych problemów z komunikacją między gminami, czy między jedną wioską a drugą, będą w przyszłości rowery elektryczne?
– Są samorządy, które rozważają już dopłaty do e-rowerów, ewentualnie budowę systemu wypożyczalni, jako elementów strategii zrównoważonej mobilności. Rozwiązania polegające na bezpłatnym wypożyczaniu rowerów elektrycznych testowano już m.in. w Rumii na Pomorzu czy w Krakowie, więc być może to jest remedium na problemy z zaspokajaniem potrzeb mieszkańców. Do tego jednak potrzebujmy przede wszystkim bezpiecznych dróg dla rowerów. Na koniec wrócę więc jeszcze do Strategii ZIT dla Miejskiego Obszaru Funkcjonalnego, planujecie jakieś działania w zakresie zrównoważonego transportu, w zakresie budowy dróg rowerowych?
– Tak, jesteśmy na etapie projektowania sieci ścieżek w okolicach Stanisławczyka, w tamtej części gminy. Na razie to wszystko jest jeszcze na etapie projektu. Wiem, że wójt odrzucał już pewne propozycje. W sytuacji gdy będziemy budować drogi dla rowerów, będziemy bowiem starać się, by były one maksymalnie bezpieczne. Rozwiązania typu namalowanie ciągłej linii na drodze gminnej, namalowanie samych znaków rowerów, nie bardzo nam odpowiadają. Jest w naszym urzędzie osoba odpowiedzialna za ten projekt, liczę więc, że uda nam się w niedalekiej przyszłości – przynajmniej w jakiejś części gminy – zbudować nowe drogi dla rowerów.
– Dziękuję za rozmowę!






