Są wątpliwości, bo podwładni gen. Tamásy’ego Árpáda zasłynęli z jednej z najbardziej wstrząsających masakr ulicznych i zbrodni wojennych w dziejach Przemyśla.
15 września 1914 roku ulica Siemiradzkiego spłynęła krwią, po tym jak „zdziczali honwedzi” (jak pisał o nich w dzienniku z czasów oblężenia Twierdzy Przemyśl Wiktor Emanuel Pordes) zabili 44 chłopów z Wojtkowej, Jureczkowej i kilku innych wsi leżących dziś w gminie Ustrzyki Dolne i na terenie powiatu bieszczadzkiego.
Grupa 46 Rusinów (jak wtedy jeszcze powszechnie nazywano Ukraińców) została zatrzymana w dniach poprzedzających to zdarzenie, na fali wzmożonej, wojennej histerii związanej z porażkami wojsk austro-wegierskich, postępującą ofensywą rosyjską i zbliżaniem się wroga do bram Twierdzy Przemyśl… Dowodów przeciw nim nie było żadnych. Ot, trzeba było szukać kozła ofiarnego na wytłumaczenie klęsk na froncie, więc dobrze było sprzedać ludziom bajkę, że winni są rosyjscy szpiedzy…
Szukano tych szpiegów na siłę, trochę tak jak opisywał to Jaroslav Hašek w „Przygodach Dobrego Wojaka Szwejka”. Wystarczyło, że przed wojną podpity chłop siedział w obskurnej knajpie i widząc portret Franciszka Józefa zażartował, że muchy obsrały Najjaśniejszego Pana, i już jakiś szpicel wpisywał go na listę wrogów Cesarsko-Królewskiej władzy i potencjalnych szpiegów…
46 osób, 45 mężczyzn i córkę grekokatolickiego księdza, zatrzymano w ich domach. Następnie przewieziono do Krościenka, a stamtąd – pociągiem – pod sąd do Przemyśla… Nie doczekali oni jednak sprawiedliwego procesu.
Masakra na ulicach miasta
Konwój aresztantów podejrzanych o moskalofilską propagandę został zaatakowany przez grupki stojących na ulicy Siemiradzkiego węgierskich żołnierzy. Przy pomocy szabel, strzałów rewolwerowych i wszystkiego co mieli pod ręką, zmasakrowali oni grupę bieszczadzkich chłopów. Przyczyną napadu miało być to, że któryś z żołnierzy rozpoznał w konwoju chłopów, którzy rzekomo mieli gdzieś pod Dobromilem strzelać do austriackich patroli wojskowych i zastrzelić dwóch czy trzech Honwedów (później udowodniono, że takie zdarzenie w ogóle nie miało miejsca)…
Zabito 44 Ukraińców. Przeżyło tylko dwóch chłopów, którzy po odniesieniu ran udawali martwych: Jan Machnik z Wojtkowej i Stefan Borsuk z Grąziowej. Ten pierwszy tak zeznawał później w sądzie na temat tej masakry:
Już od samej stacji w Bakończycach obstępowała nas gawiedź uliczna i wykrzykiwała: „Zdrajcy moskalofilscy, przez was krew się leje” itp. Poszturchiwała nas, rzucała kamieniami. Eskorta nasza (6 osób z posterunku w Krościenku) nie broniła nas zupełnie. Pod naporem gawiedzi, jej wykrzykników i potrąceń, zaczęliśmy biec. Wtem ni stąd ni zowąd nadbiegli żołnierze węgierscy, wyciągnęli długie szable i nimi zatrzymali nas. Wtedy zjawił się na koniu żołnierz (czy prosty, czy oficer – nie wiem) z hełmem na głowie i z konia rozciął szablą głowę jednemu z moich towarzyszy. Żołnierze, którzy nas zatrzymali, zaczęli nas wtedy bić. Ludzie, chroniąc się przed razami, usiłowali uciekać, lecz żołnierze spędzali ich nazad do gromady i prąc przed sobą zepchnęli nas pod ścianę kamienicy. Stojących pod ścianą i otoczonych zaczęli bić na śmierć i strzelać. Z okien kamienicy ludzie rzucali w nas flaszkami.”
Informacje o masakrze znajdujemy też w innych źródłach. Wiktor Emanuel Pordes tak wspomina to zdarzenie w „Dzienniku z oblężonego i okupowanego Przemyśla”:
„Nagle rozchodzą się trudne do uwierzenia plotki, że cała grupa eskortowanych cywilów została brutalnie zmasakrowana na ulicy Siemiradzkiego. Idę tam i znajduję makabryczne potwierdzenie. To wąska kręta uliczka zabudowana niskimi domami. Bezpośrednio przede mną, po lewej stronie, przy ciemnej ścianie bocznej narożnego domu, makabryczna sterta, na którą najpierw patrzę bez zrozumienia. Dopiero gdy podchodzę bliżej, z dreszczem uświadamiam sobie, że to ludzie, potwornie zabici ludzie, ułożeni w stertę. Kopiec tworzy ponad czterdzieści zwłok obydwu płci. Zielonkawoblade zniekształcone twarze, splecione stopy i dłonie, zakrwawione rozpuszczone kobiece włosy i czerwona, szeroko sącząca się na chodnik kałuża. Teraz podjeżdżają wozy a zmarłych układa się na nich jednego na drugim, jak snopki słomy. Zwisające bez życia głowy, ręce i nogi to makabryczny widok
Jedni mówią, że byli moskalofilami, którzy zbuntowali się przeciw eskorcie, inni, że zlinczowali ich jako zdrajców zdziczali honwedzi…”
Zbrodnia bez kary
Węgierscy żołnierze odpowiedzialni za masakrę, dzięki protekcji gen. Tamásy’ego Árpáda, którego niedawno upamiętniliśmy w Przemyślu, nigdy nie odpowiedzieli za tę zbrodnię – ani przed sądem wojskowym, ani cywilnym. Rodziny ofiar nigdy nie doczekały się odszkodowania. Sam Tamásy Árpád brał udział w drugiej bitwie pod Lwowem w dniach 6-11 września 1914 roku, po czym wycofał się ze swoimi oddziałami za San i ledwie dzień przed pogromem, 14 września, znalazł się wraz z żołnierzami w Twierdzy Przemyśl.
Niedawno obchodziliśmy 110. rocznicę tych wydarzeń. Gdyby sprawcami, nie ofiarami, byli Ukraińcy zapewne pomysłodawca muralu zadbałby o rekonstrukcję rzezi (tak jak rekonstruował już rzeź wołyńską)… Ale że Ukraińcy są tu tylko ofiarami, to… murem za węgierskim mundurem!
Nie ostatni pogrom wielkiej wojny
Nie jest to jedyny zapomniany pogrom, jaki wydarzył się w Przemyślu w latach 1914-1918 .. 11/12 listopada 1918 r., za sprawą nieodpowiedzialnej odezwy gen. Tokarzewskiego, wzywającego społeczność Żydów w Przemyślu do wypłacenia potężnego haraczu za rzekome wspieranie Ukraińców w czasie polsko-ukraińskich walk o Przemyśl, mieliśmy jeszcze pogrom Żydów.
Było demolowanie i grabienie żydowskich nieruchomości (76 sklepów i 67 domów), niszczenie miejsc kultu (w tym wielkiej synagogi) i mordowanie żydowskich sąsiadów – 15 zginęło, 19 zostało rannych. Zbrodnia do dziś pozostaje niemal całkowicie przemilczana, więcej o tym wydarzeniu przeczytacie tutaj.






