„Należy zdekretynizować radę wraz z jej przewodniczącym” – napisał czytelnik do redakcji nowego wówczas tygodnika „Pogranicze”. Gazeta opublikowała list, po czym… Przewodniczący Rady Miejskiej poczuł się obrażony i pozwał tygodnik. – Chodziliśmy sobie do sądu jak wieprze na rzeź – wspominał po latach Marek Cynkar, w latach 1992-95 redaktor naczelny gazety.
Tak zaczyna się jedna z najśmieszniejszych kart w historii Przemyśla lat 90. XX wieku. Tygodnik „Pogranicze” powstał w czerwcu 1991 roku. Założyli go dziennikarze, którzy przez lata tworzyli tygodnik „Życie Przemyskie”. Po likwidacji koncernu RSW Prasa – Książka – Ruch przegrali jednak przetarg o swój stary tytuł ze spółką założoną m.in. przez… władze samorządowe, lokalnego biznesmena Stanisława Palucha i NSZZ „Solidarność” Ziemia Przemyska. Dlatego założyli własną gazetę.
Pierwszy numer tygodnika rozszedł się w nakładzie 8 tys. egzemplarzy, ale początki pisma nie były łatwe. Wydająca „Pogranicze” spółka Publikator nie mogła liczyć na ogłoszenia samorządu, miejskich spółek, firm powiązanych w jakikolwiek sposób z miastem. – Idzie nowe, a tu banda jakichś „komuchów” próbuje się trzymać. Tak nas wtedy postrzegano – opowiadał po latach Zdzisław Szeliga, współzałożyciel gazety, której wydawcami byli sami dziennikarze.
To miał być niewinny żarcik
W marcu 1992 roku „Pogranicze” ogłosiło konkurs czytelniczy pod nazwą „Kogo należałoby zdekretynizować w województwie przemyskim?”. Inspiracją było sejmowe wystąpienie marszałka-seniora Aleksandra Małachowskiego o potrzebie dekretynizacji życia politycznego w Polsce. Małachowski odpowiedział w ten sposób na coraz głośniejsze wołanie o dekomunizację.
– Myślałem, że to będzie niewinny żarcik, o którym tydzień później nikt nie będzie pamiętał. Ot, mały niepodpisany tekścik. Pomyślałem: przyjdzie parę listów, omówimy je, sprawa się zakończy – wspominał Zdzisław Szeliga, pomysłodawca konkursu.
Czy „Pogranicze” publikowało wszystkie listy? – Skąd! Niektórych to nawet Urban by nie opublikował!
Odzew zaskoczył wszystkich. Na adres redakcji przychodziło mnóstwo listów, napływały różne propozycje. Większość czytelników chciała dekretynizować władze: wojewodę Jana Musiała, Radę Miejską. Opinie czytelników sukcesywnie publikowano.
Przewodniczący poczuł się obrażony…
Po pewnym czasie „Pogranicze” podsumowało konkurs. Wydawało się, że sprawa dekretynizacji minęła bez większego echa. – Każdy z nas chodził sobie do pracy, jak chciał – wspominał po latach Zdzisław Szeliga. – Tylko Ala Bogusławska z Lonkiem Czajką siedzieli w redakcji od 8 do 15. Pewnego ranka śpię sobie, a tu telefon od Bogusławskiej: „Przychodź szybko, ważna sprawa”. Biegnę do redakcji… Poruszenie. Marek Cynkar podminowany, Bo Rada Miejska oficjalnie czuje się obrażona i chce wysokiego odszkodowania. Zażądała publicznych przeprosin i wpłacenia 100 mln zł na konto Polskiego Czerwonego Krzyża. Połowę naczelny, połowę prezes spółki „Publikator”.
Zdaniem Zdzisława Szeligi nie byłoby głośnego później na cały kraj sporu, gdyby przewodniczący Rady Miejskiej Andrzej Matusiewicz zareagował inaczej. – Był z niektórymi z nas na „ty”, mógł przyjść, powiedzieć, że mamy durne poczucie humoru, pogadać… Zamiast polubownego rozwiązania zaczęła się historia, która przyczyniła się do popularyzacji pisma i… zasypywania redakcji pozwami sądowymi.
…a prezydenta Polski obrażać nie wolno!
W ślad za Przewodniczącym Rady Miejskiej obrażeni poczuli się niektórzy członkowie Zarządu Miasta, z prezydentem Przemyśla na czele. W krótkim czasie „Pograniczu” próbowano wytoczyć w sumie… cztery procesy, jeden z nich – o obrazę prezydenta Lecha Wałęsy.
W którejś z ankiet znalazła się bowiem uwaga, że Wałęsa nadaje się na „wójta w gminie a nie na głowę państwa”. – Nie wolno mi było z kraju wyjeżdżać, bo czuł się, biedaczek, obrażony – wspominał Marek Cynkar.
Zdzisław Szeliga: – Pewnego razu z prokuratury przyszło do mnie wezwanie na przesłuchanie w charakterze świadka… W sprawie znieważenia Prezydenta RP! Ktoś odręcznie wypełnił formularz wezwania. No więc dajemy to na pierwszą stronę, z odpowiednim komentarzem. Później słyszymy, że w prokuraturze poruszenie… Kto tak niechlujnie pisze teksty na pierwszą stronę?!
– Poszliśmy już całkowicie na udry – przyznawał po latach Szeliga. – Wszystkie listy publikowaliśmy na pierwszej stronie
Szum na cały kraj
Sprawa stała się głośna. Informacją o wstąpieniu Rady Miejskiej na drogę sądową zainteresowało się wielu dziennikarzy mediów lokalnych i ogólnopolskich. Spór o dekretynizację – bo tak nazwano tę sprawę – zaczął zataczać coraz szersze kręgi.
Szeliga: – W każdym tygodniu odwiedzali nas dziennikarze z całej Polski. O dekretynizacji i „Pograniczu” parę razy mówiono w telewizji. Ktoś nawet z Belgii przywiózł jakiś artykuł.
Obraza czci prezydenta wzbudziła zainteresowanie telewizji zagranicznych. Prowadząca tę sprawę prokuratura w Jarosławiu umorzyła jednak śledztwo, nie dopatrując się znamion przestępstwa.
Tymczasem redakcja publikowała na pierwszej stronie kolejne pisma z sądu i prokuratury. Dekretynizacja stała się głośna również dzięki czytelnikom, którzy postanowili pomóc dziennikarzom w obronie wolności słowa. Zainteresowanie społeczne wyrażało się m.in. wpłacaniem na konto „Pogranicza” drobnych sum pieniędzy (20-50 tys. zł), zorganizowaniem – zaraz po procesji Bożego Ciała – ulicznej kwesty, licznymi listami i telefonami.
Rozprawy sądowe
Do redakcji zgłosił się też prawnik, który prowadził wszystkie sprawy związane z procesem. – Świętej pamięci Huzar bronił nas za darmo. Przyznał się później, że sprawa przysporzyła mu wielu klientów – wspominał Zdzisław Szeliga.
Na rozprawy sądowe z powództwa Rady Miejskiej przyjeżdżali dziennikarze z całej Polski, niemal wszystkie rodzime stacje telewizyjne. Marek Cynkar, ówczesny naczelny „Pogranicza” mówił po latach: – Skoro pozywa nas Rada, to jak możemy jej nie wysłuchać?! Zawnioskowałem, by przesłuchać całą Radę Miejską, każdego radnego oddzielnie! Trzeba było też zdefiniować słowo „kretyn”, wnioskowaliśmy o powoływanie specjalistów, biegłych… Chodziliśmy sobie do sądu jak wieprze na rzeź. Codziennie przesłuchiwano po czterech, pięciu radnych, sąd nic nie robił, akta pęczniały. To jeszcze raz wykazało wielką głupotę pop… systemu.
Sprawa o znieważenie Rady Miejskiej w Przemyślu ciągnęła się najdłużej. Zdzisław Szeliga pamięta, że przez parę miesięcy dekretynizacja bawiła dziennikarzy: – Mieliśmy wdzięczny temat na pierwszą stronę. Żeby było śmieszniej przewodniczący rady Andrzej Matusiewicz mieszkał koło mnie. Prawie codziennie spotykaliśmy się w drodze do pracy, rozmawialiśmy o ważnych sprawach, a na pożegnanie przypominaliśmy sobie, kiedy i o której to spotykamy się w sądzie… Widzimy prokuratora i zagadujemy: „No jak? Kiedy jakieś przesłuchanko, kiedy pan wzywa?”.
„Pytali, czy żonę bije”
W końcu wszyscy mieli już jednak dosyć. – Znudziły nam się przesłuchania w Przemyślu i w Jarosławiu… Za Markiem policjanci łazili, bo nie mógł wyjeżdżać z Polski. Sąsiadów pytali, czy żonę bije! – wspominał Zdzisław Szeliga.
Radni też mieli dosyć. Zorientowali się, że walcząc z „Pograniczem” robią tygodnikowi reklamę. – Sędzia przyjmował świadków, przesłuchiwał – wszystko przy drzwiach zamkniętych, co dodatkowo nakręcało zainteresowanie – wspominał Marek Cynkar. – Ja, jako podejrzany, mogłem z każdym z radnych rozmawiać przez kilka godzin, przesłuchiwać, zadawać sto różnych pytań. A ponieważ każdy radny musiał zeznawać – pod przysięgą! – to serial szybko się skończył… Matusiewicz czuł się zagrożony.
Ugoda
14 stycznia 1993 roku, na kolejnej rozprawie przeciw redaktorowi naczelnemu „Pogranicza” padła propozycja ugody. Andrzej Matusiewicz zrezygnował z żądań finansowych na rzecz PCK i przyjął zaproszenie na rozmowę w redakcji „Pogranicza”. Efektem spotkania, które odbyło się 19 stycznia był komunikat zamieszczony w „Pograniczu”, 2 lutego 1993 r. Tygodnik informował o polubownym załatwieniu sprawy:
Spółka „Publikator” i Marek Cynkar, redaktor naczelny tygodnika „Pogranicze” wyrażają ubolewanie z powodu tego, że adwokat Andrzej Matusiewicz poczuł się dotknięty opinią czytelniczą zawartą w materiale pt. „Czytelnicy ‘Pogranicza’ proponują zdekretynizować wojewodę i Radę Miejską w Przemyślu”, która ukazała się 5 maja, uznając, że zawiera ona zniewagi, pomówienia i oszczerstwa
Redakcję czekały jeszcze dwie rozprawy. Ale po doświadczeniach radnych Gmina Przemyśl i prezydent miasta wycofali pozwy.
– Bali się wpuszczać w maliny – komentuje Cynkar. – Tymi pozwami robili z siebie debili, bo w każdym reportażu robionym przez regionalne czy ogólnopolskie media na kre…, na świrów wychodzili!
W setnym numerze tygodnika redakcja dziękowała czytelnikom, którzy pomogli jej „przeżyć okres perfidnych nagonek, szkaleń i pomówień, których nie szczędzili jej ci, co u władzy i blisko władzy. (…)
Zawiść to czy strach przed ujawnieniem na łamach tygodnika niekompetencji i różnego draństwa?”
– pytał na łamach redaktor naczelny tygodnika Leonard Czajka.
To był fragment książki „Pogranicze 1991-98. Romantyzm i niezależność” autorstwa Andrzeja Orzechowskiego, opublikowanej w 2009 roku






